Star Trek: W nieznane oczami ekipy Pifka

Star Trek jest jedną z najsłynniejszych i przez wielu uważanych za najlepszą sagą sci-fi. A ponieważ mamy obecnie w kinie kolejną odsłonę tej historii nie mogło zabraknąć w kinie  poznańskich fanów science-fiction. Tak więc byliśmy, obejrzeliśmy a nasze uwagi po filmie były, hmm, dość interesujące, kto nie był niech żałuje. Tak więc parafrazując: oto Star Trek, kolejna część. Przed wami zapis wrażeń załogantów poznańskiego klubu PIFKO, którzy śmiało obejrzeli to, co Justin Lin uważa za Star Trek 😉

DSC_0520

DSC_0522

Recenzja Bartasa

Mam spory problem z jednoznacznym opisaniem tego filmu. Otóż siedząc w kinie dałem porwać się fabule i akcji, która zasuwała niczym w teledysku Rihanny. Natomiast po filmie, gdy przyszedł czas na przemyślenia pojawiły się wątpliwości. Przede wszystkim nowy reżyser (Justin Lin) nie tylko nie pomógł marce, ale wręcz ją pogrążył. Chciałbym zobaczyć miny fanów dumnie wygwizdujących Abramsa po tym filmie. Wyraźnie widać, że postawiono na widowisko i to nieważne mądre czy głupie byleby było efektownie. Dodatkowo dano nam beznadziejnego (przynajmniej dla mnie) antagonistę i w zasadzie pogmatwali kanon niejako kasując wydarzenia z serialu Enterprise. Co więcej, tym razem nie skorzystano z żadnej rasy bądź postaci znanej z oryginalnej linii czasowej co właśnie zaowocowało tym słabym antagonistą, a można by wykorzystać tyle ras o których niewiele słyszeliśmy w oryginale. Tak oto zafundowano nam dość efektowny ale w środku pusty film. I tu pojawia się mój dylemat. Czy to jeszcze jest Star Trek?

STB003

Przy poprzednich filmach nie miałem wątpliwości jaka jest odpowiedź na to pytanie, tu jednak mam problem. Nie dlatego nawet, że jest to film słaby, wyraźnie odstający od swoich poprzedników. W końcu wg pewnej teorii tylko co drugi film kinowy startrekowy jest dobry. Jednak nawet te słabe części nie miały tych problemów, które bolą mnie tutaj jak choćby megawypasiona stacja kosmiczna zbudowana przy tajemniczej „mgławicy” na samym skraju poznanej przestrzeni. Przecież to 5 letnia misja w głąb kosmosu… O tym miało być. Na szczęście twórcy fundują nam trochę odniesień do tradycji często w zabawny sposób aczkolwiek miałem trochę wrażenie, że dają te fragmenty tylko po to żeby się nikt nie czepiał. Sytuację ratuję trochę scena z fotografią w której rzeczywiście czuć klimat Star Treka. Podsumowując: podczas promocji filmu Star Trek W 2009 roku używano hasła „To nie jest Star Trek twego ojca”. Ta część na pewno nim nie jest. Nie jestem nawet pewien czy jest moim Star Trekiem.

Recenzja Wookiego

Bartas ujął w dużej mierze to, co i ja czułem na temat Star Trek Beyond. Dawno nie byłem tak bardzo rozdarty podczas oceny filmu. Kilka dni zastanawiałem się czym tak naprawdę jest najnowszy Star Trek. Byłem tak bardzo zdeterminowany do znalezienia odpowiedzi, że obejrzałem pozostałe części z tak zwanego Abramseverse, żeby mieć porównanie. Werdykt niestety mimo wszystko nie jest łatwy, ale po kolei…

STB002

Star Trek w Nieznane zaczyna się naprawdę dobrze i dało mi ogromne nadzieje, co do zachowania ducha całego uniwersum chociażby w takim zakresie, jak robił to J. J. Abrams. Sporo nawiązań, misja dyplomatyczna, obiecana 5-letnia misja w nieznanej przestrzeni kosmicznej – brzmi dobrze. Niestety szybko ta sielanka się skończyła, wspomnianą przez Bartasa stacją federacyjną kosmiczną w środku tej niezbadanej części kosmosu, która na dodatek wyglądała kompletnie jak z innej bajki – skrzyżowanie Gwiazdy Śmierci z Elysium, dla mnie potworna, tragiczna masakra, jednak byłem w stanie to jeszcze przeżyć, w końcu w poprzednich dwóch częściach też były idiotyzmy na poziomie czerwonej materii lub zmartwychwstającej krwi. Problem w tym, że tutaj ostatecznie było znacznie gorzej. Nie wdając się w szczegóły, powiem tylko, że zakończenie było po prostu tragiczne i potwornie głupie. Co z tego, że fajne wizualnie i bądź co bądź dźwiękowo (bo wszystko działo się do znanej już ze Star Treka 2009 piosenki „Sabotage” Bestie Boys) . Rozwiązanie jakiego dopuścili się scenarzyści jest po prostu koszmarne. Pomijając już fakt, że cały czarny charakter i jego klika również są pozbawieni kompletnie sensu i nie ma znaczenia, że pod koniec filmu wyjaśniono jego pochodzenie. Kończąc to wyżywanie się na tej produkcji i poniekąd wylewanie moich żali co do tego filmu powiem, że gdyby nie był to Star Trek spojrzałbym na to wszystko całkowicie inaczej. Co więcej prawdopodobnie świetnie bym się bawił, jak na komedii science-fiction pokroju Dnia Niepodległości. Problem jednak w tym, że Star Trek to dla mnie ikona, to dla mnie coś więcej, to wzór dla wszelkich space oper, który ma swój charakter i ducha. Dlatego moje oczekiwania są duże, a co za tym idzie poprzeczkę stawiam wysoko. Pod tym względem Justin Lin po prostu zmasakrował całe uniwersum robiąc z tego Szybkich i Wściekłych nawet nie w kosmosie, bo tego za wiele tu nie ma, tylko Szybkich i Wściekłych na innej planecie i Gwieździe Śmierci i tak jak Bartas wspomina, moim zdaniem wszyscy którzy wieszali psy na Abramsie, teraz powinni go przeprosić. Do tego, brakowało mi jakichkolwiek odniesień do poprzednich części, a w szczególności do wydarzeń z Star Trek Into Darkness – jak zmieniła się Gwiezdna Flota i Federacja po wydarzeniach z Khanem i Admirałem Marcusem, a tu nic… budujemy za to gargantuiczną stację kosmiczną w przeciągu 3 lat w nieznanej przestrzeni… Nie wiadomo po co, dlaczego ważne że wygląda, a córka Marcusa, która wyruszyła z załogą Enterprise na wspomnianą pięcioletnią  misje rozpływa się w powietrzu tak, jakby nigdy nie istniała (a przecież jest to bardzo istotna postać dla pierwotnej linii czasowej uniwersum).

STB004

Dosyć jednak tego bólu dupska i narzekania, bo przecież nie wszystko było złe w najnowszym Star Treku. Podobał mi się tutaj przede wszystkim humor, który wciąż towarzyszy nowej trylogii. Tutaj nie mogę złego słowa powiedzieć, śmiałem się często i głośno. Scotty i jego pomagier, McCoy, czy Kirk znów bawili w swoim dobrze znanym stylu. Oprócz tego na plus wybiły się postacie. Dla mnie prym tutaj wiódł Leonard McCoy, którego ( słusznie z resztą) wyeksponowali tym razem twórcy. Dla mnie jest po prostu genialny i naprawdę zyskał ogromnie na tym, że miał trochę więcej do powiedzenia. Może to zabrzmi jak herezja, ale ten doktor zdecydowanie bardziej mi leży niż jego pierwowzór. Nie jest aż tak zgorzkniały, przez co moim zdaniem jednak zyskuje większą głębie. Do tego wszystkiego dochodzi rewelacyjny duet McCoya i Spocka – w końcu mamy pokazany na ekranie ten tandem i widzimy jak zacieśnia się między nimi więź znana z oryginalnego serialu. Poza tym jak zawsze rewelacyjny jest Scotty, który też ma więcej czasu na ekranie, pewnie dlatego, że Simon Pegg, czyli odtwórca tej roli był też scenarzystą filmu :). Kirk również trzyma poziom widać też jego kolejną ewolucje, może ma ona mniej sensu, ale rozumiem co chciano widzowi pokazać i nawet mi się to podobało. Na plus zasługują też odniesienia do całego uniwersum Star Treka. Fakt, że tak naprawdę celem tego było w zasadzie przykrywanie syfa pudrem, ale mimo tego, dla każdego trekera były to miłe momenty. Najważniejsze dla mnie było uczczenie pamięci Leonarda Nimoya, czyli starego Spocka, tutaj bardziej wrażliwy fan mógł nawet uronić łezkę. Do tego aluzje, do oryginalnego serialu jak chociażby uwaga Kirka, że znów podarł koszulę, czy wspomniana przez Bartasa fotka starej załogi z czasów filmów kinowych. Jest tego dużo więcej, jednak nie chciałbym wszystkiego od razu zdradzać. Nie mogę też nie pochwalić warstwy wizualnej tego filmu. Wszystko wygląda wspaniale, tutaj doświadczenie Justina Lina owocuje. Brakuje mi jednak lens flare’ów – tak, wiem, wszyscy się tego śmieją, jednak skoro taką konwencję przyjęto od samego początku w Abramseverse, to do oczekiwałbym konsekwencji. Trzeba też przyznać, że w końcu obce planety wyglądają w Star Treku obco… podobnie jak w Into Darkness, tutaj też widać, że twórcy zwrócili uwagę na to, że w przestrzeni kosmicznej nie dryfują jedynie klony Ziemii. Na koniec pochwalę jeszcze rewelacyjna jak zawsze ścieżkę dźwiękową, która dawała naprawdę radę i fajnie, że ciągle wykorzystywany jest ten sam temat, który poznaliśmy w filmie z 2009 roku.

STB001

Sami widzicie, że naprawdę jestem rozdarty wewnętrznie niczym znienawidzony przeze mnie bohater romantyczny. Z jednej strony film jest tragiczny aż do bólu. Z drugiej strony ma swoje mocne strony. Gdy podejść do niego jak do lekkiej lektury niczym Dzień Niepodległości, nawet spoko, natomiast patrzeć na to przez pryzmat całego uniwersum Star Treka nie jest najlepiej, ale znowu cenne są nawiązania. Pytanie, czy dla trekkera nawiązania to wszystko? Generalnie mam zagwozdkę. Na pewno dla laika, który idzie do kina na dobre widowisko science-fiction ten film się spodoba i tutaj nie mam wątpliwości. Z resztą takie też odczucia panują wśród moich znajomych i w recenzjach w internecie. Natomiast fan uniwersum stworzonego przed 50-ma laty przez Gene’a Roddenberry’ego raczej będzie zawiedziony. Mnie osobiście same nawiązania do oryginalnej wersji nie wystarczą, żeby to, co zobaczyłem było Star Trekiem z krwi i kości. Nawet w porównaniu do pozostałych produkcji z Abramseverse wygląda ten film słabiutko – jest po prostu głupszy, a przede wszystkim jeszcze bardziej pozbawiony ducha mojego ukochanego uniwersum. DżejDżej przynajmniej próbował specyfikę tego świata w jakimkolwiek stopniu przemycić, a co więcej Into Darknes mimo głupot w nim zawartych był już naprawdę solidnym trekowym tytułem. Jestem tym bardziej wściekły, że to miał być film na 50 rocznice Star Treka, a co więcej oszukano mnie na koniec poprzedniej części, mówiąc, że w końcu Enterprise wyrusza na kosmiczną wędrówkę i w końcu będzie więcej treka w treku. Dlatego dla mnie to prawie najgorszy filmowy Star Trek w całej historii, słabiej wypada jedynie zniesławiona (i to bardzo słusznie zresztą) piątka. Mam też wątpliwości, czy to jest w ogóle dobry kierunek, aby popularyzować Star Treka wśród młodych widzów, bo to co widzimy na ekranie de facto trekiem po prostu nie jest. Reasumując jestem zmuszony ocenić ten film w dwojaki sposób. Dla zwykłego fana science-fiction, który chce się przy filmie po prostu dobrze rozerwać spokojnie 8/10. Dla kogoś, kto uwielbia to uniwersum, Justin Lin po prostu je zmasakrował i kilka żartów, pif paf w ładnej oprawie i Gwiazda Śmierci i  niewyszukana historia pełna błędów logicznych zwyczajnie nie wystarczą, dlatego w tej perspektywie mogę dać zaledwie 4/10 i nawiązując do wypowiedzi Bartasa, nie jest to na pewno mój Star Trek  ;-(.

Recenzja Śmiecha

Ostatni jak zwykle ma najmniej do powiedzenia, bo koledzy powyżej w zasadzie uprzedzili mnie w kilku kwestiach. Mimo wszystko nie mogę się powstrzymać, żeby nie napisać kilku słów podsumowania po seansie.

Wychodząc z sali kinowej miałem raczej kiepski nastrój, a wszystko przez to, że na gorąco mogłem bez problemu wymieniać minusy filmu przy tylko jednym pozytywie. O wielu negatywach wspomnieli Wookie i Bartas: kompletnie nieprzekonujący czarny charakter (z motywacją wymyślaną na kolanie), zaawansowana baza kosmiczna tuż obok niezbadanej mgławicy (która nawiasem rzecz biorą wcale nie spełniała definicji słowa „mgławica”), kompletne oderwanie się od „science” w „science-fiction” na rzecz widowiskowości i tak dalej.

Momentem, w który poczułem się już kompletnie dobity był ostateczne pokonanie roju przez załogę Enterprisa. Już sam pomysł, żeby rój był sterowany tajemniczą cyberpatią, czy tam cybertelepatią jest absurdalny, ale zakłócanie lotu maszyn przeciwnika za pomocą fal UKF, które są przez nas powszechnie stosowane od dawna w radiu, telewizji, lotnictwie czy przez maniaków krótkofalówek i jako takie nie są niczym szczególnym w kosmosie jest głupie, brak temu logiki i autentycznie poczułem wtedy zażenowanie. Chciało by się tu przypomnieć, że przecież jednym z atutów marki ST było od początku opieranie się na nauce i to dlatego sporo naukowców przyznaje się do fascynacji Trekiem (np. Michio Kaku, Brian Greene czy Neil deGrasse Tyson). A tu? Pustka…

trek_beyond

Trek był chwalony od początku za poruszanie ważnych kwestii moralnych i etycznych. To tu po raz pierwszy na ekranie współpracował Amerykanin i Rosjanin, a czarna kobieta była członkiem załogi mostka i równoprawnym partnerem dla reszty osób. To tu zastanawiano się „co by było, gdyby”, jeśli chodzi o zmianę płci (Dax!), mieszanie się do innych kultur (Pierwsza dyrektywa), i tak dalej. A co dostaliśmy w najnowszym Treku? Niepotrzebną i wciśniętą na siłę scenę z Sulu, z której tak na prawdę nic nie wynika i która nie ma absolutnie żadnego wpływu na dalszy rozwój wydarzeń. To scena, która z powodzeniem mogła by być bez szkody dla całości usunięta, a innych moralno-etycznych rozterek nie zauważyłem. Może były zasłonięte wybuchami?

Pomimo tego, że Wookie na plus zalicza odniesienia do TOSa, to ja mam z tym mały problem. Pokazują one tylko, jak bardzo ten film jest inny od tego, do czego byliśmy przyzwyczajeni przez 40 lat. Owszem… Kiedy Kirk pojawił się z podartą kurtką, albo kiedy usłyszałem „I’m a doctor, not a…” można było się uśmiechnąć. Ale gdy Spock wyciągnął zdjęcie starej ekipy zrobiło się…. dziwnie. Nie sentymentalnie. Dziwnie…

Ten film to wydmuszka. Pusta w środku, pomalowana na piękne, jaskrawe kolory wydmuszka. DżejDżejowe Treki nie miały w sobie magii Treka, więc idąc do kina nie nastawiałem się na zachwyty. I nawet przyznaję, że na seansie uśmiałem się kilka razy, bo teksty powodowały wybuchy śmiechu, a interakcja między bohaterami po prostu była świetna. Ale to za mało.

Recenzja Mavisa

Po 50cio-letniej podróży Star Trek podążył w Nieznane… oddalając się od naukowej strony swoich korzeni, a więc gatunku Science-Fiction, stał się po prostu widowiskowym kinem akcji w kosmosie.
Ze smutkiem potwierdzam to co już moi poprzednicy wytknęli, a więc było Szybko i Wściekle, bombastycznie wybuchowo, bez finezji i technobełkotu 🙁
Mnie najbardziej dotknęły dwa fakty – brak ciągłości z poprzednią częścią, a więc przemilczenie braku Carol Marcus, czyli wielkiej miłości kapitana Kirka; oraz brak akcji podczas 5cio letniej misji, tylko powrót na Ziemie (no prawie Ziemie –  kolonie Ziemską).
Do minusów muszę również zaliczyć wyraźne okrojoną historię Jaylah, oraz Głównego antagonisty ( który jako główny zły po prostu się nie sprawdził – to chyba plaga filmów z ostatniego roku, brak wiarygodnych, interesujących i dobrze wykreowanych przeciwników), który nie umywał się pod tym co Benedict Cumberbatch zrobił ze swoją postacią.

Co do smaczków, to na plus zasługują (oprócz wcześniej wymienionych): wspomnienie, że kiedyś statki były budowane w kosmosie, a nie na powierzchni planety; wspomnienie zielonej ręki łapiącej okręt;
znaleźne mundury (przypominające te z Entka); jak i USS Franklin NX-326 – statek WARP 4 ( a więc około ENTkowe, bioracy udział w wojnie z Xindi w 2164) .
oraz może troszkę naciągane wymienienie, ze jest to 966 dzień misji… czyli odnośnik do roku 1966 – roku emisji pierwszego odcinka Star Treka w telewizji.
Oprócz mrugnięć oka do starych fanów, było jeszcze dużo widowiskowej akcji ,zabawne jednoliniówki. Ma się rozumieć w pewnym momencie przydupas Scottiego też kupił całą załogę PIFKA.
Warte wspomnienia jeszcze jest to, iż sam Kirk, swoją fryzurą bardziej przypominał pierwowzór – Williama Shatnera.

Podsumowując uważam, że film był dobry czyli 7/10, z tendencją zniżkową w porównaniu z dwoma poprzednimi filmami, a szkoda bo twórcy mieli naprawdę dużo czasu aby porządnie uczcić 50cio lecie Sagi.

PS. Z rożnych wypowiedzi wynika, że Fani mogą spokojnie oczekiwać kolejnego filmu pełnometrażowego, i już coraz bardziej zbliżającego się nowego serialu  Star Trek: Discovery.
Tak więc oczekujcie kolejnych recenzji !