Battlestar Galactica ? ?The Ties That Bind? (odcinek 4×03, recenzja)

Tym razem dostajemy powoli toczący się odcinek, w którym scenarzyści dają nam dokładnie to samo, co poprzednio. Tylko odrobinę więcej. I z jednym wyjątkiem…

Wcześniej mieliśmy rozłam wśród Cylonów, który zakończył się strzelaniną. Teraz mamy to samo, ale zakończone bitwą kosmiczną. Poprzednio widzieliśmy tajne spotkanie wybudzonej czwórki maszyn, teraz też się spotykają. W dodatku w tym samym celu: żeby ze zdziwieniem stwierdzić, że są maszynami i ponarzekać, że mają problemy ze sobą. Nowością jest tylko to, że tym razem są podsłuchiwani.

No właśnie… Cally podejrzewa Tyrola o zdradę, więc zaczyna go śledzić. Podsłuchuje jego rozmowę w momencie, gdy z innymi maszynami rozmawia o byciu Cylonem. To oczywiście jest dla niej szokiem, ale kompletnie nie rozumiem, dlaczego w tym szoku polazła do śluzy. W dodatku zabierając ze sobą kluczyki od blokady otwierania śluzy i dziecko. Oczywiście nie można w tym momencie już zaskoczyć niczym widza, bo wiadomo, że ktoś za moment wyleci w próżnię… No więc Cally idzie do śluzy. I idzie. A właściwie człapie. Rozgląda się. Wzdycha. Znowu rozgląda. Człapie dalej…

Niesamowicie się ten odcinek wlecze i to jest chyba główny zarzut. Scenarzyści poza rozterkami Cally dają nam jeszcze drugi wątek, ale niestety jest on równie pochłaniający. Widzimy Starbuck z ekipą poszukującą Ziemi. Problem w tym, że nie dowiadujemy się niczego nowego poza faktem, że szukają długo, ale nic nie znajdują. Zaczynają się pojawiać oznaki zniechęcenia i… to by było na tyle. Troszkę mało, żeby zapełnić całe 50 minut.

Jedynym twistem w całym odcinku jest to, że ginie Cally, kto ją zabija i to, że jej dziecko przezywa. Całość można zamknąć w 5 minut. Sytuacja całej reszty bohaterów od poprzedniego odcinka nie zmienia się ani na jotę…