Star Trek Enterprise: Canamar ? recenzja (odcinek 2×17)

Archer i Trip omyłkowo trafiają na statek, który wiezie skazańców do więzienia. Niestety gdy okazuję się kim są naprawdę, na statku wybucha bunt…

 

Mam spory problem z tym odcinkiem. Dużo się tutaj dzieje, w zasadzie od pierwszej minuty akcja ciągnie nas do przodu. Jednak po namyśle doszedłem do wniosku, że odcinek cierpi na typową chorobę drugiego sezonu Entka. Objawia się to tym, że scenarzyści wykorzystują pewne znane i ograne klisze do swoich celów. Pamiętacie zapewne, że mieliśmy już trekową wersje siedmiu wspaniałych czy filmu „Mój własny wróg”. Tutaj z kolei mamy do czynienia z filmem więziennym. Mamy wiec dwóch bohaterów, oczywiście niewinnych. Mamy przywódcę buntu oraz jego milczącego kolegę osiłka któremu już zdążył podpaść jeden z naszych bohaterów. Wbrew pozorom byłoby to nawet zjadliwe i być może nie doszukiwałbym się tych kliszy tak bardzo gdyby nie jeden element tego odcinka. Wnerwiający kolega z celi/ławki/pokoju. Oczywiście też tutaj jest, gadatliwy i irytujący. Co gorsza uwypuklający pozostałe klisze zaserwowane nam w tym odcinku. Podsumowując jest lepiej niż w innych odcinkach wymienionych przeze mnie w tej recenzji ale daleko od ideału. Gdyby nie postać irytującego towarzysza byłoby naprawdę nieźle.