Battlestar Galactica ? ?Crossroads? (odcinki 3×19 i 3×20, recenzja)

„There must be some kind of way out of here,”
Said the joker to the thief,
„There’s too much confusion, I can’t get no relief.
Business men ? they drink my wine
Plowmen dig my earth
None will level on the line
Nobody of it is worth.”

Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, jak oceniać zmiany w BSG. Nie wiem, czy scenarzyści są genialni, czy też szaleni. Z jednej strony kapitalne sceny, muzyka zapadająca w głowę, ale z drugiej niektóre elementy można skwitować prostym „o co tu do diaska chodzi?”. Wygląda, jakby twórcy mieli niezłą fazę…

Mamy tu kilka wątków. Pierwszy i najwyraźniejszy to proces ex-prezydenta Baltara, sądzonego za zdradę. To akurat oglądało mi się fajnie. Planowanie strategii przez obrońców, emocjonalna przemowa młodego Adamy, podejście sędziów i prokuratora… Chociaż mało było w tym fantastyki, a sporo „Gliniarza i Prokuratora” albo klimatów z powieści Johna Grishama, to całość była dość przyjemna. Mało Sci-Fi, ale przyjemna.

Gorzej z resztą. Poznaliśmy tożsamość kolejnych czterech Cylonów, których program został aktywowany przez jakąś muzykę. Ok. Niech będzie to jakiś sygnał, promieniowanie pobliskiej mgławicy, cokolwiek, co Cyloni odbierają jako muzykę tła. W sumie mają inną fizjologię, więc dlaczego by nie? Problem w tym, że jedną z maszyn okazała się postać żyjąca od 40 lat wśród ludzi (gdy jeszcze nie było człekokształtnych modeli), a inną mająca dziecko z człowiekiem. Czy tylko ja tu widzę małą sprzeczność i nietrzymanie się realiów?

To jeszcze nic, gdy dochodzimy do ostatniej sceny, gdzie nieżywa od kilku odcinków Starbuck wlatuje jakby nigdy nic w środek walki i uśmiechnięta mówi, że była na Ziemi. No sorry, ale po czymś takim pytanie o to, co palą scenarzyści robi się jak najbardziej na miejscu.

A wszystko to przy genialnym coverze „All Along the Watchtower” Bobiego Dylana (który chyba bardziej znany jest z absolutnie wspaniałej wersji Jimmiego Hendrixa). To jest właśnie ten przebłysk geniuszu scenarzystów, o którym wspominałem, bo ostra folkowo-rockowa wersja zapada w głowę i jak nic pasuje do mistyki, która widzimy na ekranie.

Jeszcze niedawno serial był ciężką i depresyjną opowieścią o wojnie i ucieczce garstki ocalałych z pogromu, oraz o próbach ułożenia sobie życia w sytuacji praktycznej zagłady. A teraz mamy geniusz pomieszany z szaleństwem, przy czym do końca nie wiadomo, czego jest więcej…