Battlestar Galactica ? ?Maelstrom? (odcinek 3×17, recenzja)

No tak… Ewidentnie widać po tym odcinku, w którą stronę dryfują scenarzyści. Kara Thrace ma kłopoty z przeszłością, a przez te kłopoty pomaga jej przejść tajemnicza wizja z Leobenem…

Chwilka, moment. Nie taki był klimat pierwszych odcinków BSG. Tam było zniechęcenie, depresja, poczucie zagrożenia. To wszystko wręcz wylewało się z ekranu i przytłaczało widza. Tymczasem teraz mamy… Sam nie do końca wiem, co tutaj mamy, ale postaram się chociaż podsumować.

Starbuck ma kłopoty, co akurat nie jest nowością, bo to zawsze była postrzelona postać z zachwianą osobowością. W tym odcinku dowiadujemy się, jakie są źródła jej zaburzeń – zaborcza matka, bunt młodości, toksyczna miłość. Ok, jestem w stanie to zaakceptować. Ale nagle pojawia się wizja jednego z Cylonów, który niczym duch zeszłych świąt z opowiadania Dickensa zabiera Karę w podróż w przeszłość, żeby ta mogła jeszcze raz zobaczyć najgorsze momenty swojego życia i się z nimi rozliczyć.

Nawet przyjmując, że wizje ma tylko Starbuck, to jak to się dzieje, że w realnym świecie tak wiele rzeczy układa się we wzór mandali? Chmury na planecie, wosk ze świec, itd. Czyżby jednak w uniwersum BSG była jakaś wszechmocna siła, która kieruje ludźmi i maszynami? Bogowie Kolonistów?

Kilka elementów z tego odcinka ładnie komponuje się z resztą serialu. Mamy wyjaśnione, dlaczego Kara ma tak pokręconą osobowość. Wiemy, skąd wzięły się połamane palce w dzieciństwie. Widać, że ludzie mają wizje Cylonów (Baltar widzi Szóstkę, Kara widzi Dwójkę), a Cyloni ludzi (Capricia widzi Gajusa). Ale reszta…?

Serial od pewnego czasu robi zakręt. Ewidentnie odchodzimy z klimatów hard sci-fi i skręcamy w mistykę rodem z Archiwum X. Czy to dobrze? Chyba trzeba będzie obejrzeć serial do końca, bo na razie jeszcze jest zbyt wcześnie, żeby to ocenić.

Chociaż może to jeszcze da radę jakoś wyjaśnić na gruncie SF? Może faktycznie są jacyś wszechmocni obcy, który zabawiają się kosztem bohaterów niczym Q ze Star Treka?