Battlestar Galactica – „Rapture” (odcinek 3×12, recenzja)

Kończymy wątki rozpoczęte w poprzednim odcinku. Impas na planecie alg zostaje przerwany, gdy Cyloni niewielkim oddziałem atakują ludzi na planecie. W tym samym czasie Tyrol próbuje odszyfrować wskazówki w świątyni, ale musi przerwać, bo maszynom udaje się przełamać obronę. Na domiar wszystkiego wybucha pobliska supernowa…

Mam z tym odcinkiem pewien problem. O ile spodobało mi się wyjaśnienie czym jest „Oko Jowisza”, o tyle niektóre inne mistyczne elementy nie do końca mi podchodzą. W „Oku Jowisza” nie ma nic nadzwyczajnego – to supernowa, która wybuchła 4000 lat wcześniej, więc to jej obraz był namalowany na świątyni. W połączeniu z wędrówką Trzynastej Kolonii i tysiącami lat zniekształcania przekazów nie dziwi, że bohaterzy odczytują to jako baśnie i mity.

Problem jednak w tym, że poza tym sensowym wyjaśnieniem po raz kolejny dostajemy dziwną mistykę. Nie wyjaśniono, dlaczego Tyrol odnalazł świątynię. Nie pokazano, co w wizji zobaczyła Trójka. I dlaczego w ogóle miała wizję? Przecież to maszyna! Sztuczny organizm! Jakim cudem ma wizje?! Błąd w oprogramowaniu spowodowany promieniowaniem supernowej? Jak to się stało, że wybudowana 4 tysiące lat wcześniej budowla była w idealnym położeniu, by podczas wybuchu (którego nie mógł przewidzieć nawet komputer na BSG) wszystko tak ładnie się zgrało?

Średnio też zachwycił mnie wątek cierpiącej Starbuck i czworokąta miłosnego. Rozumiem rozwój postaci, ale co za dużo, to niezdrowo. Chciałoby się przypomnieć scenarzystom, że od takich wątków jest „M jak Miłość”, a nie fantastyka naukowa.