Star Trek Enterprise: Dawn – recenzja (odcinek 2×13)

Trip trafia na obcą planetę, gdzie chcąc nie chcąc zaprzyjaźnia się z obcym, który również się tutaj rozbił.

Drugi sezon Enterprise to istna sinusoida. Gdy już się wydaje, że scenarzyści złapali jakiś rytm pojawia się taki odcinek, na widok którego każdy szanujący się fan sci-fi ma ochotę krzyczeć. W ten sposób, tym razem scenarzyści zaserwowali nam odcinek bazujący na słynnym filmie „mój własny wróg” i jak zwykli robić w tym sezonie, dali wtórny produkt, który moim zdaniem nie powinien zaistnieć. Gdyby chociaż im się chciało i zamiast anonimowego obcego, którego już nigdy nie zobaczymy, dali nam kogoś kogo znamy, ale wiemy o nim niewiele jak chociażby andorian czy tellarytów. Jakież byłoby to dobre dla nas poznać jakieś zwyczaje tych ras, dowiedzieć się czegoś o nich. A potem scenarzyści mogliby to wykorzystać w dalszych odcinkach, gdy tworzyłaby się Federacja a Trip dzięki tej wiedzy potrafiłby przekonać do siebie oponentów. Naprawdę skoro już koniecznie chcieli wykorzystać ten oklepany motyw, to mogli się chociaż postarać żeby nas to interesowało. Zamiast tego postanowili dać nam jednoodcinkowych obcych i zaskoczenia w stylu: Trip pogada z obcym i rozetnie mu więzy a ten go zaatakuje. No proszę was: litości.