Battlestar Galactica ? ?The Eye of Jupiter? (odcinek 3×11, recenzja)

W sumie spodziewałem się tego. Mamy wyścig do Ziemi śladami Trzynastej Kolonii, przy czym ludzie i Cyloni co chwilę na siebie wpadają. Ale że owym śladem będzie świątynia sprzed  tysięcy lat, o której pisano w „świętych księgach”, tego się nie spodziewałem… I że owa świątynia przyciągnie jednego z ludzi jakimś tajemniczym wezwaniem? Tego też nie…

Nie bardzo też rozumiem motywację Cylonów. Ludzie mają jasny cel: uciekają przed wojną i chcą osiąść w spokojnym miejscu, a ponieważ o Ziemi wiedzą, więc jej szukają. Ale maszyny? Przecież zdobyły już 12 planet. Po co im jeszcze Ziemia? Jeśli chcą pozbyć się nas, to mają ku temu wspaniałą okazję – Jedynka mówi wprost: „wykośmy ludzi nawet kosztem świątyń i artefaktów, mając technologię odradzania mamy na szukanie planety tysiące lat”. Tymczasem pojawia się jakaś mistyka, wierzenia maszyn i niejasna motywacja…

W serialu pojawiały się już kiedyś niewyjaśnione rzeczy, które bardziej pasują do klimatów magii i fantasy, niż twardego science fiction. Pierwsze, co przychodzi do głowy to wizje pani prezydent, ale po pierwsze zdarzało się to rzadko, a po drugie zawsze można to było jakoś wytłumaczyć (np. w przypadku tych wizji zażywanymi halucynogenami). Na razie patrzę na to z ciekawością, ale jeśli niewyjaśnionej mistyki będzie za dużo – i to kosztem fantastyki naukowej – to przestanie mi się to podobać.