Battlestar Galactica ? ?The Passage? (odcinek 3×10, recenzja)

Tym odcinkiem wracamy trochę do nastroju i położenia ludzi tuż po ataku Cylonów z początków pierwszego sezonu. Ponownie pojawia się beznadzieja i zmęczenie. Tym razem skażona zostaje żywność, co powoduje, że flota ma zapasy tylko na 10 dni. Problem w tym, że jedyne dostępne źródło pożywienia (zresztą marnego) znajduje się za silnie promieniotwórczą mgławicą, przez którą mogą nie przelecieć niektóre cywilne okręty. Zapada decyzja o przeprawie przez to skrajnie niebezpieczne miejsce.

Widać, że serial trzyma poziom. Szczególnie podoba mi się pewien powrót do korzeni, to znaczy do nastroju panującego w początkowych odcinkach. Po ostatnim rozluźnieniu taka zmiana jest całkiem ciekawa. Z drugiej jednak strony ta beznadzieja przebija tylko z wojskowych. W ogóle nie widać reakcji cywilów (poza jednym wyjątkiem), a z kolei wszyscy piloci bohatersko narażają życie, by przeprowadzić wszystkich przez mgławicę. To dość jednostronne podejście… Podejrzewam, że w realnym świecie postawy byłyby różne. Ktoś działałby jak bohater, ktoś byłby sparaliżowany lękiem, kogoś innego dopadłoby zniechęcenie. Tymczasem tutaj wszyscy działają wspólnie w imię wspólnego dobra (znowu poza tym jednym wyjątkiem). W dodatku z patosem, którego nadmiaru na ekranie osobiście nie znoszę.

Miło, że bohaterka trzecioplanowa dostała możliwość rozwinięcia się. To ogromny plus, że scenarzyści nie skupiają się tylko na kilkorgu postaciach (jak nie przymierzając „Kirk, Spock i McCoy” albo „Archer, Trip i T’Pol” w pewnym innym uniwersum filmowym).

Nie do końca tylko wiem, co myśleć o wątku Gajusa na okręcie Cylonów. Tutaj fabuła wlecze się niemiłosiernie i tak na prawdę nie wiem jeszcze, do czego prowadzi. Coś tam się dzieje (uśmiech budzi trójkącik Gajusa z dwoma Cylonkami), Trójka popełnia samobójstwo, ale choć brzmi to poważnie, to – o dziwo – wcale nie angażuje widza. Zobaczymy jeszcze, co tam się stanie.