Battlestar Galactica ? ?A Measure of Salvation? (odcinek 3×07, recenzja)

W porównaniu do poprzedniego, nudnego jak flaki z olejem odcinka tutaj dzieje się odrobinę więcej. Niestety niewiele. Koloniści ratują z zakażonego tajemniczym wirusem okrętu kilkoro Cylonów, a potem planują użycie ich jako broni biologicznej przeciwko całej rasie maszyn. Fajnie. Tyle tylko, że nic z tego nie wynika, bo plan trafia szlag przez rozterki jednego, jedynego Helo.

Problem w tym, że Helo nie ponosi z tytułu niesubordynacji i jawnego sprzeciwienia się rozkazom żadnych konsekwencji. No nie wiem… Może to jeszcze wróci, ale póki co wygląda, że wszystko, co wydarzyło się w tym odcinku nie będzie miału żadnego wpływu na dalszy bieg wydarzeń. Nie dowiadujemy się ponadto niczego nowego o bohaterach, a oni sami chyba w żaden sposób się nie rozwijają. Helo jest nadal idealistą, Adama poniekąd też, prezydent już nie zaskakuje, gdy na nieskazitelnym dotąd charakterze pokazują się paskudne rysy. Nie chciałbym być złym prorokiem, ale tego (i poprzedniego) odcinka mogło by chyba nie być i nie miało by to większego wpływu na bieg wydarzeń w skali całego sezonu.

No i po raz kolejny muszę pomarudzić na sceny z Baltarem. Nuda. Gajus Baltar cierpi (akurat w tym odcinku nie tylko duchowo, ale też i cieleśnie). Cierpi również czująca coś do nie go Szóstka. I tyle.

Ewidentnie widać zwolnienie tempa narracji i wydarzeń. Czekam na jakąś bombę.