Battlestar Galactica ? ?Collaborators? (odcinek 3×05, recenzja)

Nie ma to jak zemsta. Szczególnie na zimno. A jeszcze lepiej, gdy można ją nazwać sprawiedliwością. Fabułę odcinka można streścić bardzo krótko: tajny trybunał, pełniący jednocześnie rolę prokuratora, sędziego i kata wymierza karę śmierci tym, którzy podczas okupacji kolaborowali z Cylonami. Oczywiście wymyka się to spod kontroli.

Szalenie mi się ten odcinek podobał, bo ma chyba wszystko to, co lubię w takich historiach. Wiem, że podobne historie można było zobaczyć w innych produkcjach wojennych, ale pomimo tego scenarzyści odwalili kawał solidnej roboty i nie ogląda się tego z poczuciem wtórności. Widzimy ludzi, którzy z różną motywacją i zaangażowaniem po cichu, bez „zbędnych” formalności karzą innych. Tigh ewidentnie chce się odegrać na wszystkich za śmierć żony, ale z kolei Tyrol ma wątpliwości. W końcu dochodzimy do nieuniknionego momentu, w którym „sąd” karze osobę tylko z pozoru winną, ale w rzeczywistości zagubioną, której wina nie jest już taka jasna. Nagle okazuje się, że nic nie jest czarno-białe, ale wszędzie są tylko różne odcienie szarości. Reakcje sędziów są pokazane wprost bombowo.

Kapitalny odcinek, chyba jeden z lepszych od pewnego czasu. Cały wątek tajnego trybunału jest pokazany mocno, a do tego przekonująco. A na końcu mamy optymistyczną nutkę, gdy do głosu dochodzi prezydent Roslin i jej głos rozsądku.

Jeśli miałbym się do czego przyczepić, to do drugiego z wątków w tym odcinku, a mianowicie do pobytu Gajusa u Cylonów. Nie za bardzo wiadomo po co tam jest i jakie maszyny mają co do niego plany. Równie dobrze wszystkie sceny z jego udziałem można by skrócić (bo i tak nic nie wnoszą) i przesunąć do następnego odcinka.

Niewiele to jednak wpływa na moją ocenę tego, co zobaczyłem. Świetny odcinek!