Planeta życia – recenzja książki

Obi-Wan wraz z uczniem zostaje wysłany na tajemniczą planetę, aby odszukać zaginionego rycerza Jedi.

Mam problem z tą książką. Z jednej strony fantastyczny pomysł z „żywą” planetą i takimi samymi statkami. Do tego wątek dziwnych przybyszów nieznanych w galaktyce, no i poznajemy kolejne knowania, tym razem Tarkina, który może nie zalicza najlepszego występu w historii, ale na pewno lepiej go poznajemy.  Dowiadujemy się też metod działania Jedi. Z drugiej jednak strony mamy tu nudę. Niestety autor opisał to w taki sposób, że ciężko nam się zainteresować zaginionym Jedi, że już nie wspomnę o końcowej bitwie. Ogólnie mam wrażenie, że jest to bardziej książka fantasy, zwłaszcza jeśli chodzi o tytułową planetę. Opisy tego świata, jego funkcjonowanie mogłoby być podstawą dla bardzo ciekawej powieści. Tutaj niestety to zawodzi zwłaszcza, że jest to pierwsza powieść po „Mrocznym widmie” i chyba lepiej byłoby nam pokazać trudne początki Skywalkera w świątyni Jedi niż o jednej z nudniejszych misji jaka go spotkała. Książka też pokazuję Obi-wana jako mistrza, który pozwala, aby jego 9-letni uczeń uciekł na niższe poziomy Coruscant, co jest dość dziwne. Ciekawe czy i kiedy usłyszymy jeszcze o przybyszach z dali, którzy mogą być naprawdę interesujący.