Star Trek Enterprise: Marauders ? recenzja (odcinek 2×06)

Na statku kończy się deuter a załoga przypadkiem trafia na planetę, gdzie można zdobyć odpowiedni surowiec. Niestety jest ona odwiedzana również przez Klingonów.

Każdy kto mnie zna, wie, że uwielbiam zabawę konwencjami. Gdy nagle w filmie „Złoto dla zuchwałych” film zmienia się z wojennego w western jestem zachwycony. Jednak uważam, że trzeba takie rzeczy robić z wyczuciem i taktem. Tego niestety zabrakło, moim zdaniem, w tym odcinku. Scenarzyści bowiem poszli tu po najniższej linii oporu i postanowili zaserwować nam fabułę, którą widzieliśmy już milion razy w innych produkcjach, a jej początek to „7 samurajów” Kurosawy. Tak więc zgodnie z kanonem mamy tu opuszczoną wioskę, którą nęka zły gang (tutaj akurat Klingonów) i oczywiście wybawicieli w postaci naszych dzielnych bohaterów. I jak zwykle okazuję się, że w dotychczas zastraszonych sercach mieszkańców tak naprawdę kryję się wielka odwaga, a pomóc jej może karate w wykonaniu T’Pol. I jak zwykle źli dostają manto pod koniec historii i to takie, że postanawiają już tu nigdy nie wrócić. Innymi słowy: sztampa, schemat i nudy. Nieładnie panowie scenarzyści, nieładnie.