Star Trek Enterprise: A Night in Sickbay ? recenzja (odcinek 2×05)

Enterprise kontynuuje swoją misję. Spotyka rasę, która posiada święte drzewo. Niestety pies kapitana postanowił je zbezcześcić. Sytuacja robi się napięta….

To jeden z tych odcinków, gdzie akcja dzieje się w większości tylko w jednym pomieszczeniu, w tym przypadku ambulatorium, ale mimo to ogląda się to świetnie. Archer spędza noc w królestwie doktora Phloxa bo jego pies (Portos) złapał bardzo groźnego wirusa na planecie, zaraz po zbezczeszczeniu drzewa. Sam „psi” wątek  jest bardzo ciekawy i pokazuję przywiązanie kapitana do swojego pupila. Jednak ciekawszy jest moim zdaniem drugi wątek, czyli jak powinien zachować się kapitan, gdy jeden z członków jego załogi śmiertelnie obraża inną rasę, która na dodatek posiada bardzo ważną technologię. Widzimy w tym odcinku przemianę kapitana z osoby, która na początku stwierdza, że nic go nie interesuje oprócz zdrowia swojego psa, do lidera, który potrafi zmusić się do przeprosin nawet najbardziej dziwnych i poniżających. Stawia to znowu pytanie jak w przyszłości powinien zachowywać się kapitan. Czy dbać o dobre współżycie z innymi rasami, aby między innymi uzyskać dodatkowe dobra, czy dbać tylko o swoją załogę w pogardzie mając konsekwencje? Po raz kolejny więc Archer daje nam podwaliny pod zasady przyszłej Federacji. No i mamy tu poruszoną kwestię napięcia seksualnego narastającego w  załodze. Co prawda temat porusza doktor Phlox, ale dotyka on Archera i T’Pol. Ciekawe jak scenarzyści postanowią rozwinąć ten wątek. Odcinek ciekawy, wciągający a nawet zabawny.