Wrażenia z filmu Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów oczami załogantów Pifka

Relacja według Śmiecha

Tuż przed seansem w gronie klubowiczów zastanawialiśmy się nad motywacją głównych bohaterów. Znając mniej-więcej sens komiksów, na bazie których powstał film i nakreślone przez scenarzystów charaktery postaci można było się zdziwić. No bo jakże to tak? Iron Man, który do tej pory był buntownikiem, w jednej z części użył sformułowania „sprywatyzowałem wojnę” i nie chciał udostępniać rządowi swoich zabawek nagle miał potulnie podpisywać lojalkę z ONZ? Z drugiej strony mamy Kapitana Amerykę, żołnierza słuchającego rozkazów, wierzącego z swój kraj, który miałby się zbuntować przeciwko rządowi? Wydawałoby się, że powinno być odwrotnie i miałem pewne obawy co do sensowności poczynań bohaterów i scenariusza…

Na szczęście ta kwestia nie została pokazana źle. Jeśli wziąć pod uwagę poprzednie produkcje, to  przemiana bohaterów robi się całkiem sensowna. Kapitan doświadczył przecież upadku Tarczy w „Zimowym Żołnierzu”, widział jak organizacja, w którą wierzył rozpada się pod wpływem…. powiedzmy „czynników ludzkich” i może czuć teraz nieufność do lojalek. Mamy też Tonyego Starka, który po każdej większej akcji czuje ciężar brzemienia i skutków walki. Tak było przecież w (nomen omen średnim) „Iron Manie 3”, gdzie Stark miał nawet napady lęku. Tutaj sumienie odzywa się w nim, gdy prawdę wygarnia mu matka jednej z przypadkowych ofiar. A zatem motywacja bohaterów na plus.

civilwar

Film ma zresztą więcej plusów. Świetny jest Ant-Man i Pajączek, choć każdy z innego powodu. Rozbawił mnie tekst Ant-Mana, gdy udawał sumienie Tonego Starka. Jego postać wprowadza trochę luzu i humoru, którego wcale nie ma zbyt wiele. Z kolei Pajączek nareszcie został pokazany jako nieopierzony młokos, nastolatek ze szkolnym spojrzeniem na świat. Do reszty superbohaterów też nie mam większych zastrzeżeń. Może poza przeciętnym Visionem.

Za to sporym minusem jest dla mnie postać głównego złego. Podobno w komiksach był jakim mistrzem zbrodni, ale na ekranie wcale tego nie widać. Jest tutaj przedstawiony jako zwykły i niewiele znaczący mieszkaniec zapadłego miasteczka, które przypadkiem było zrównane z ziemią przez Avengersów w jednym z poprzednich filmów. No przepraszam bardzo, ale to się kupy jednak nie trzyma. Nie wiem, czy jego plan zakładał lub przewidywał wszystkie opcje, czy tylko skupiał się na spuszczeniu ze smyczy Buckiego, ale co by się stało, gdyby ONZ nie chciała od Avengerów podpisania lojalki? Zemo nie miał na to przecież wpływu. Jego postać dla mnie przypomina takiego Solejuka z serialu „Ranczo”, który nagle stwierdziłby, że chce podbić świat. Nie przemawia to do mnie.

warmachine

Film nie jest zły. Wręcz przeciwnie. W porównaniu do niedawnego „Batmana v Supermana” jest o wiele lepszy i oglądało mi się go z przyjemnością, a po wyjściu z sali kinowej musiałem się troszkę zastanawiać, by zobaczyć wpadki i minusy. Bo film ma i plusy i minusy. Było sporo akcji, troszkę za mało one-linerów i humoru, efekty dawały radę. Kompletnie niepotrzebnie pokazano coś w stylu zauroczenia pomiędzy Kapitanem i pewną panią agent. Gęba uśmiała mi się na widok Martina Freemana – lubię tego aktora.

Niestety według mnie MCU powolutku traci z oczu główny wątek, który spajał w całość większość początkowych filmów. Mam na myśli poszukiwanie Kamieni Nieskończoności, czy jak tam je nazywano. Pewnie jeszcze wrócą, ale póki co mam wrażenie, że mamy pewne rozmycie fabuły, a to nie do końca mi się podoba. Niedługo zobaczymy Cumberbatcha w kolejnej odsłonie MCU. Liczę, że scenarzyści wykorzystają kamienie, by ściślej związać tą postać z resztą uniwersum.

Jako całość oceniam film na dobry z plusem. Może nie aż tak dobry, jak pierwsi Avengersi, ale to ciągle kawał niezłego kina rozrywkowego.

Relacja według Wookiego

Podobnie jak Śmiechowi, mi również film mi się ogólnie podobał. Oczywiście mam też swoje zastrzeżenia, ale nie mogę powiedzieć, żebym z kina wyszedł niezadowolony z produkcji. Najsilniejszą stroną nowego „Kapitana Ameryki: Wojny bohaterów” były postacie i to moim zdaniem te drugorzędne. Świetnie zaprezentowany został Black Panther i w zasadzie jego wątek jest bardzo ważny dla całej fabuły filmu. Świetnie sprawił się Spider-man i Ant-man, którzy genialnie wprowadzają humor do pompatycznej  całości. Moim zdaniem oni wręcz przyćmili Capa i Starka, którzy mięli być na pierwszym planie. Na plus zasługuje też Vision, którego trochę bardziej skumałem i w końcu wydaje mi się sensowny. Była też chwila dla Scarlet Witch. Zastrzeżenia mam natomiast do pojawienia się Hawk Eye’a. Wleciał ni z gruchy ni z pietruchy i mam wrażenie że chyba rzucił monetą po której stronie ma być. Rozumiem, scenarzyści musieli kogoś dobrać dla równowagi, ale kupy się to nie trzyma. Koleś, który zrezygnował z kariery dla rodziny nagle mówi: „Kochanie idę sobie powalczyć z innymi superbohaterami, bo się trochę posprzeczali, mogę zginąć, ale co tam, w końcu czym jest życie bez mordobicia pomiędzy kumplami?”.

Wizualnie też nie ma się do czego przyczepić. Wszystko wygląda spektakularnie wręcz, sceny walki robią wrażenie. Jest wszystko, co obecne blockbusterowe kino akcji teraz musi mieć. Wiadomo, sam pojedynek na lotnisku dwóch drużyn Capa i Starka musi się podobać. Mam jednak z tym dwa problemy. Po pierwsze sceny pomiędzy dynamicznymi akcjami są przedłużone, jakieś takie miałkie i nie przystają tempem do reszty. Trochę to podczas seansu przeszkadzało. Jednak drugi problem jest poważniejszy i trochę podważa sens całemu scenariuszowi. Avengersi dzielą się na dwa obozy i naparzają się na maksa i wizualnie może i jest to świetna sprawa patrzeć jak się Iron Man tłucze z Ant-Manem, a Kapitan z Pajączkiem, ale koniec filmu niestety podważa tego sens. Walczą tak zaciekle, że ktoś toś może zginąć, (War Machine w zasadzie był bliski), tłuką się niemiłosiernie po tych facjatach, po czym na końcu w zasadzie wszystko się wyzerowało są nadal podzieleni, ale jeden może ciągle liczyć na tego drugiego. Słodkie, ale mało realne na takim etapie ich relacji.

Zgadzam się też w pełni ze Śmiechem w kwestii czarnego charakteru w filmie, ale moim zdaniem kuleje to we wszystkich filmach o superbohaterach jak na razie zarówno w MCU jak i w kinowym uniwersum DC, X-menach czy nawet Deadpoolu. Tutaj nie ma wyjątku Zimo to lebiega jak jego poprzednicy w ogóle nie wyczuwa się jaki to geniusz zbrodni. Fakt, bardziej zrozumiałe są pobudki jego działań, w końcu nie zniszczenie albo opanowanie świata, tylko zwykła ludzka zemsta i to jest jedyny plus jaki mogę wyciągnąć z tej postaci.

W zasadzie zemsta jest kluczowa w całej fabule filmu i jest tym aspektem, który powoduję, że Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów nie ma tylko walorów ładnej, przesłodzonej kolorowej nawalanki. Po pierwsze mści się Zimo, jest Black Panther, który ma podobne motywy, ale ostatecznie inaczej sobie z tym radzi. Jest też Iron Man i jego chęć zemsty. Generalnie motyw na plus.

Nie można też pozostawić tego oceny Kapitana Ameryki bez porównania z Batman v Superman. Powiem szczerzę, że ciężko mi zdecydować, który z nich był lepszą produkcją. Z jednej strony mamy trochę więcej akcji, więcej bohaterów, dobry humor, ale też cukierkowy bardzo odrealniony świat (tak wiem trochę kuriozalnie to brzmi w tym kontekście, ale mam nadzieję, że wiadomo o co chodzi). Z drugiej mamy mrok, ciężar, większe wniknięcie w psychikę postaci, z doklejoną Wonderwoman i irytującą i bezsensowną Lois  Lane. Przez to wszystko postawił bym między tymi filmami znak równości, aczkolwiek klimat BvS bardziej mi chyba leży.

Ostatecznie Kapitana Ameryka: Woja Bohaterów to film godny polecenia i chyba faktycznie jeden z lepszych do tej pory ze stajni Marvela. Mam lepsze wrażenia po nim niż po Avengersach, ale na pewno nie przebije Strażników Galaktyki i Ant-Mana. Moja ocena: 7/10.

 

Relacja według Mavisa

Kapitan Ameryka/ Zimowi Avengers 2.5 – bo chyba tak trzeba tytułować ten film, na tle pozostałych filmów z Fazy drugiej wyróżnił się właśnie ilością spotkanych bohaterów, gdzie każdą ze stron reprezentowało ok pięciu bohaterów. W komiksach co prawda wojna odbyła się w liczebności przekraczających 50 osób na stronę, co skutkowało komentarzami ” wojna bohaterów, a na ekranie mamy dwóch na krzyż” czy , „jak to może być spektakularne?”. W filmie jednak ta ilość nie przeszkadza, nawet miałem wrażenie, że jest ich za dużo. Co też było widać na ekranie, gdyż twórcy podzielili drużyny na pojedyncze  pojedynki. W pewnym momencie zadawałem sobie pytanie, a gdzie jest ta osoba, a ta gdzie zniknęła ? Jednak było to leprze rozwiązanie, gdyż gdyby walczyli „w kupie” to nie można było by się skupić na poszczególnych postaciach. Z kolei nieustanne przeskakiwanie między zmaganiami też by dobrze nie wyglądała. Ostatecznie, forma przekazu okazała się odpowiednia i była satysfakcjonująca.  Swoją drogą,  identyczny problem był w serialu animowanym Liga Sprawiedliwych, gdzie twórcy potrzebowali kilku sezonów aby zbalansować cały proces walki i odpowiednio dobierać wrogów, tak aby jeden bohater nie był w stanie pokonać całej wrogiej ekipy.

„Kulminacyjna walka” jest tak naprawdę finałem trzeciego aktu Filmu. Sprawa jest poważniejsza i rzadko w filmie występuje poczucie humoru, widz czuje ciężar obowiązku, czy podjętych decyzji. I co ciekawe na ekranie mamy dość obszernie omówiony temat motywacji poszczególnych bohaterów. Nie ukrywając, dla Kapitana jest to sprawa osobista, ponieważ wiele razy odczul na swojej skórze oddziaływanie instytucji zwierzchniczych – choćby wykorzystanie jego osoby jako maskotki wojennej. Jednak głównym czynnikiem jest postać Buckiego. Z kolei dla Iron-Mana jako biznesmena, jest to sprawa zawodowa. Unikając spojlerów powiem tylko, że interesujące stają się momenty, kiedy bohaterowie z pewnych powodów zmieniają nastawienie do sprawy, co dla mnie jest wielkim plusem dla całego filmu.

Tak jak już moi koledzy wspomnieli wcześniej, na ekranie mamy debiut dwóch śmiałków, a mianowicie Spider-Mana, i Czarnej Pantery. W przypadku tego pierwszego trafiamy na milowy krok w karierze Pająka, gdzie z osiedlowego bohatera, trafia do ligi Światowej ( za sprawą odwiedzin pewnej postaci).  Dla mnie to był naprawdę mocny argument tego filmu, gdyż nie musieliśmy oglądać kolejny raz genezy, a sam bohater był już prawie ukształtowany, tylko brakowało mu tej epickości. Swoją drogą, jest to też scena, która będzie wykorzystana w nadchodzącym filmie o Spider-Manie ( przynajmniej tak zakładam w jakiś 300 % ).
Jeśli chodzi o drugą wymienioną postać, to mamy tu podobny zabieg, jeśli chodzi o przedstawienie genezy. Jednak w tym przypadku osoba Pantery robi naprawdę wrażenie. Może dlatego, że książę Wakandy jest bardzo powściągliwą postacią, nie reprezentującą prawie żadnych uczuć… tzn nie wybucha gniewem , tylko staję się zimny jak stal. Jest to zarazem osoba pewna swoich umiejętności i możliwości, chyba najlepiej to pokazuje „mina” jaką wyraża w scenie, w której helikopter posyła w jego stronę serię pocisków.  Dla mnie osobiście wielkie wrażenie wywarło sposób w jaki radził sobie ze sprawą osobistą, i w jak ją rozwiązał. Myślę że pod względem mentalnym jest to najmocniejsza postać w całym przedstawionym uniwersum.

Z pozostałych spostrzeżeń mogę jeszcze wymienić fakt, iż patrząc na wszystkie Fazy Marvela, filmy o Kapitanie Ameryce mają największe oddziaływanie na cały przedstawiony świat.
I tak ( uwaga spojlery ?) w „jedynce”, Steve stał stał się pierwszym Mścicielem, w „dwójce” nastąpił  rozpad TARCZY, zaś w najnowszej „trójce” mamy rozłam wśród obrońców Ziemi. Czyli mamy powolny upadek bohaterów, który w swojej najmroczniejszej postaci będzie musiał powstrzymać Thanosa.

Jeśli chodzi o bohaterów, to w „indywidualnym” filmie o Kapitanie, jest go zaskakująco mało, choć twórcy starali się wyeksponować jego postać. Co miało też miejsce podczas bitwy, gdzie reszta drużyny postanowiła, się poświęcić aby Steve mógł dokończyć zadanie ( nie powiem w jaki sposób „poświęcili się” ; czy ktoś zginął , czy nie – nie powiem; Sami musicie to odkryć).
Z niewymienionych jeszcze postaci, postać Visiona dla mnie była prawie nieobecna, za to Scarlet Witch zapunktowała, gdyż na ekranie z pełną świadomością, potrafiła pokonać każdego przeciwnika.
Natomiast pojawienie się Sokolego Oka, było dla mnie mile odebranie, gdyż w jakiś sposób pojawienie się Tatuśka niosło ze sobą powiew ciepłych uczuć…  nie wiem, tak jakoś się zebrało, może po prostu pojawienie się znanej gęby było miłe, zwłaszcza takiej mówiącej: „hej może jestem na emeryturze, ale jeszcze jestem w stanie coś zrobić”. Była to zarazem jedyna osoba, która nie chciała „dokopać”  swoim przyjaciołom, co uwidoczniła Czarna Wdowa w swojej wypowiedzi. A propos Scarlett Johansson, to się pojawiła, jakoś nie uważałem 🙂 . Chyba zabrakło jeszcze Nicka Fury, który z Helicarriera oglądałby zmagania jedząc popcorn.

A właściwie, z osób nieobecnych. Główny przeciwnik, który tak jak już pisał Wookie i Śmiecho, prawie nie występował i był słabą postacią. W Superman v Batman był nim Lex Luthor, tu mamy „Czesia ze stacji benzynowej”, którego motywacja jest słabo zakreślona. Miałem wrażenie, że był to bardziej pionek niż sprawca całej rozgrywki. W filmie brakowało dobrego super złoczyńcy. Owszem mógł się pojawiać w takiej samej ilości czasowej na ekranie, ale gdyby to by był np. Mysterio, to moim zdaniem widza by to bardziej rajcowało. A gdyby jeszcze pracował dla Lokiego, lub Thanosa….

Podsumowując Wojna Bohaterów, jest solidnym filmem, choć z pewnymi wadami. Jest to też film, którego nie można opuścić przeglądając poszczególne Fazy Uniwersum Marvela. Ze swojej strony daję 8/10; tzn film zasługuje bardziej na 7/10, jednak w tym roku jest to naprawdę dobra pozycja plus postać Czarnej Pantery, która sama dodaje jeden punkt.