Battlestar Galactica ? ?The Captain’s Hand? (odcinek 2×17, recenzja)

Załoga Pegaza nie ma szczęścia do dowódców. Admirał Cane była tyranką i zginęła w skrytobójczym zamachu. Jej następca, komandor Fisk z kolei miał zatargi z bossami podziemia po tym, gdy zbyt mocno wykorzystywał swoje stanowisko w handlu na czarnym rynku. Został zabity bodajże dwa tygodnie po pani Cane. Teraz Pegazem kieruje komandor Garner, do tej pory szef mechaników. Jak to sam przyznał Adama – nie było nikogo lepszego. I to niestety widać, bo Garner lepiej radzi sobie z silnikami, niż z ludźmi i daje się wciągnąć w pułapkę Cylonów.

Podobał mi się ten odcinek. Wiem, wiem… Brzmi to głupio, gdy przypomni się moje narzekania na odcinki, w których fabuła skupia się na typowo ludzkich problemach pojawiających się, gdy zagrożenie ze strony Cylonów chwilowo mija. Marudziłem o tym przy okazji odcinków pokazujących czarny rynek albo napad na pub. Tutaj niby mamy coś podobnego, to znaczy scenarzyści pokazują nam słabości ludzi, ale mimo wszystko jakoś bardziej cała sytuacja do mnie trafia. Niemałe znaczenie ma pewnie fakt, że ujawniana słabość to nie jest od razu coś wielkiego, jak handel dziećmi, prostytucja czy terroryzm. Mamy tu po prostu zwykłego człowieka, który znalazł się na złym stanowisku w złym czasie i którego sytuacja najzwyklej w świecie przerosła. Banalne, a o wiele bardziej bliskie widzom.

Jeżeli miałbym się czegoś czepiać, to byłby tylko patos pojawiający się w scenie, gdy szefujący Pegazowi Garner oddaje komendę nieskazitelnemu (a jakże) Lee Adamie i gdy ratuje okręt. Po oglądnięciu kilku japońskich filmów z Godzillą albo amerykańskich produkcji, w których samotny bohater ratuje prezydenta i Biały Dom dostałem uczulenia na patos.

W sumie odcinek całkiem niezły, a na pewno bardziej mi się podobał, niż kilka wcześniejszych.