Battlestar Galactica ? ?Black Market? (odcinek 2×14, recenzja)

To chyba reguła, że albo mamy odcinek, w którym cała ludzkość jednoczy się przeciwko Cylonom, albo – gdy zagrożenie ze strony maszyn chwilowo mija – zaczynają się ujawniać najgorsze cechy naszej natury i gryziemy się między sobą. Tym razem mamy drugą z opcji. O Cylonach chwilowo ucichło, więc momentalnie na światło dzienne wyszła afera związana z prostytucją, handlem lekami i dziećmi, zabójstwem, przekupstwem oraz gangsterami, którzy nawet podczas tragicznej sytuacji ludzi potrafią na tym wszystkim zarobić. Słodko.

Niestety nie porwał mnie ten odcinek. Przede wszystkim coś jest nie tak w opowiedzianej historii. Jest za mało… fantastyczna. Gdyby nie gdzieś tam czający się Cyloni, to można by uznać ten odcinek za zwykłą, przeciętną opowieść detektywistyczno-kryminalną. Może miało wyjść coś w stylu Raymonda Chandlera, trudno powiedzieć.

Problem w tym, że historia nie jest zła. Pomysł pokazania, że nawet w najgorszym położeniu z człowieka potrafi wyjść coś potwornego jest całkiem niezły i mocno urealnia przedstawiony w serialu świat. Rozwiązanie fabuły też jest niczego sobie. Nareszcie Lee Adama robi coś, co burzy jego obraz lalusia. Chociaż zdaję sobie sprawę, że odcinek może się podobać niektórym widzom, to ja raczej niechętnie do niego wrócę. Brakuje mi tu czegokolwiek, co przypominałoby, że oglądam serial fantastyczno-naukowy.

Poza tym wpadłem na pomysł gry pijackiej. Za każdym razem, gdy odcinek zaczyna się retrospekcją trzeba wypić kolejkę. 🙂