Dark Matter – „Episode Ten” (sezon 1, odcinek 10, recenzja)

Dark Matter dobija powoli do końca sezonu i można spokojnie przewidzieć, czego można spodziewać się w kolejnych odcinkach. Nawiązania i mrugnięcia okiem są tutaj na porządku dziennym a na dodatek poprzedni epizod nie był parodią żadnego znanego tytuły, więc prawdopodobieństwo jest wysokie. Oczywiście nie zawiodłem się i tym razem mamy do czynienia z fabułą a’la Ocean’s Eleven 🙂

Wszystko jednak zaczyna się od rozwiązania dobrego cliffhangera z poprzedniego odcinka. Raza zostaje zaskoczona i zaatakowana przez Ferrous Corp. Brawurowy i odważny manewr Dwójki ratuje załogę przed rozbiciem w kosmiczny pył. Żeby nie spoilerować za wiele więcej nie będę wchodził w szczegóły, ale cała ta scena bardzo mi się podobała i jak na ten serial mocno wybijała się poza normę. Na koniec w całe zamieszanie wlatują niszczyciele znanej już korporacji Mikkei Combine. Jak można się domyślić przedstawicielka tej organizacji, również już znana Delaney Truffault (grana przez Torri Higginson, czyli Dr Weir z SGA) ma dla załogi Razy robotę nie do odrzucenia. Mają wykraść tajemniczą technologię ze stacji badawczej i co więcej tym razem mają współpracować z drugą grupą najemników.

DarkMatter_gallery_110Recap_03

Jak można się domyślać konfrontacja dwóch teamów jest pretekstem do humoru w odcinku, a do wszystkiego dochodzi klasyczna klisza z tłumaczeniem całego planu włamu na stację badawczą i wykradzenia z  niej tego, co im zlecono. Na pewno nie zaspoileruje nikomu za wiele mówiąc, że plan się rypnie wielokrotnie podczas próby jego wykonania. Ostatecznie  mimo przeciwności cała grupa, wspólnymi wykonuje zlecone zadanie.

DarkMatter_gallery_110Recap_09

Odcinek jest nastawiony mocno na komedie i humor, co akurat zawsze Dark Matter wychodzi na dobre.  Oprócz samej konfrontacji dwóch ekip najemników, jest tutaj sporo powodów do śmiechu z innych źródeł. Sama załoga Razy jest świetna w tym temacie, a wyśmianie technobełkotu jest wisienką na torcie. Pod tym względem to bardzo dobry odcinek. Problem pojawia się tam, gdzie przeważnie ten serial ma swoje znane już słabostki. Główny zarzut to przewidywalność, wiadomo jak w zasadzie zakończy się odcinek, jak zakończy się akcja wykradzenia technologi i to, że plan można od razu wyrzucić, bo i tak nic nie pójdzie zgodnie ze wcześniejszymi ustaleniami. Boli też wiarygodność – całemu skoku na stację badawczą brakuje lekkości, swobody począwszy od teorii na praktyce kończąc. Nie pomaga też głupota w jaką wyposażyli scenarzyści naszych głównych bohaterów. Przyjmują na pokład ekipę równie liczną, uzbrojoną po zęby i co? Spoko ufamy im, nasze głowy w cale nie mają żadnej wartości, a statku by nie przejęli, bo przecież byłaby to kradzież… to jest wręcz żałosne w tym epizodzie. Mieszane uczucia mam co do efektów specjalnych. Z jednej strony projekt stacji badawczej jest super i robi wrażenie. Natomiast scenografia wnętrz aż zionie powtarzalnością. Widać, że producenci serialu muszą oszczędzać.  Odcinek oceniam na darkmatterowego średniaka – jak zwykle humor daje radę, relacje miedzy postaciami aż chce się oglądać, ale fabuła jest prosta (i/lub prostacka), a scenarzyści czasami oddają pióro swoim kilkuletnim dzieciakom 🙂

Wszystkie zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony SyFy oraz Wikipedii