Battlestar Galactica – „Pegasus” (odcinek 2×10, recenzja)

Oglądając ten odcinek miałem nieodparte wrażenie déjà vu. Załoga BSG trafia na inny ocalały z pogromu okręt, o którym do tej pory nie było wiadomo. Początkowo wszyscy są szczęśliwi, bo przecież w sytuacji praktycznego wymarcia gatunku ludzkiego nagle znajduje się ponad 1700 osób, ale z czasem wszystko trafia szlag. Ocalałym okrętem kieruje pani admirał, a skoro z wojskowego punktu widzenia ma wyższą rangę niż komandor Adama, więc automatycznie to ona przejmuje dowództwo nad całością. Problem w tym, że pani admirał ma bardzo ciężką rękę i jej rządy bardziej przypominają wojskową dyktaturę. A to nie w smak nikomu…

Być może nie wszyscy się ze mną zgodzą, ale podstawowe założenia tego odcinka bardzo przypominają jedną z historii ze Star Treka, a mianowicie odcinki „Equinox” (VOY, 5×26 i 6×01). W obu przypadkach mamy załogę okrętu, kierującą się moralnością i w bardzo trudnej sytuacji starającą się raczej stawać po stronie dobra. W obu serialach załoga trafia na „swoich”, którzy postawieni w dokładnie tej samej sytuacji dokonują zupełnie innych wyborów (np. zabicie niewinnych) i ostatecznie się staczają. To tak, jakby widz miał możliwość pooglądania historii typu „co by było, gdyby bohaterowie od początku nie byli tacy kryształowi”.

Dodatkowym łącznikiem pomiędzy Trekiem i BSG jest pani admirał Helena Cain, w którą wciela się Michelle Forbes. To ta sama aktorka, która w Star Treku gra Ro Laren. Przyznaję jednak, że w pierwszej chwili jej nie poznałem…

Podsumowując: odcinek nie jest zły, ale osobiście kłuła mnie wtórność tego, co widziałem jakiś czas temu w Treku. Na duży plus muszę zaliczyć mocne sceny w więzieniu. Mam na myśli zarówno próbę gwałtu na Sharon, jak i to, co się dzieje z inną kopią Ósemki na pokładzie Pegaza. To chyba one najbardziej zapadają w pamięć. Aktorsko: bomba!