Star Trek Enterprise: Two Days and Two Nights ? recenzja (odcinek 1×25)

Enterprise przybywa wreszcie na planetę Risa. Tam grupa wybrańców może odpocząć dwa dni. Niestety nikt z tej grupy nie zrealizował tego na co miał ochotę….

Ostatni odcinek przed finałem sezonu i trzeba przyznać, że genialnie wykonuję swoje zadanie. Trochę nas rozluźnia (załoge też), trochę przypomina o zimnej wojnie temporalnej (pamiętacie jeszcze?). Przyznaję, że bardzo lubię ten odcinek, prawdopodobnie ma zaszczytnie trzecie miejsce w tym sezonie (po „Dear Doctor” i „Andorian Incydent” remis z „Aquisition”), dokonał tego przy pomocy genialnego humoru, Tripa w hawajskiej koszuli i pewnej przewrotności czyli faktu, że naprawdę nikt nie zrobił na Risie tego co planował, co nie znaczy, że nikt się nie zabawił. Fajnie też zobaczyć naszych załogantów w cywilu no i nie można tu zapomnieć o doktorze Phloxie który jest postacią nietuzinkową. Nie zdradzę wam co się wydarzyło w związku z naszym kochanym Denobulaninem i gorąco zachęcam do obejrzenia odcinka. Na koniec trochę marudzenia: zastanawia mnie wynik losowania, w ramach którego cześć załogi udała się na urlop. Przepustkę wylosowali: Archer, Trip, Reed, Mayweather i Hoshi. Rozumiem, że to niejako głowni bohaterowie serialu, ale miło by było gdyby poleciał z nimi jakiś nowy i nieznany nam bliżej członek załogi (mam na myśli coś takiego jak odcinek „lower decks” w TNG ? nie bójcie się dojdziemy do tego). Gorąco zachęcam do oglądania nawet jeśli nie znacie reszty serialu. Świetna zabawa gwarantowana.