Battlestar Galactica ? ?Resistance? (odcinek 2×04, recenzja)

  • Słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać.
  • Och, Rene….!

Nie oszukujmy się. Każdy, kto oglądał kiedyś „Allo, allo” ma spaczony obraz ruchu oporu. Rzecz w tym, że w BSG nie wygląda to tak różowo, jak w tej starej brytyjskiej komedii.

Ruch oporu ma tutaj dwojakie znaczenie. To bardziej oczywiste, to ukształtowana i działająca od miesięcy na Capricii grupa osób walcząca po partyzancku z Cylonami. Przez przypadek trafiają tam Starbuck i Helo, przy czym scena spotkania może i jest fajna, ale zdecydowanie za krótka. Każda ze stron ma poważne wątpliwości co do tego, czy „ci drudzy” są na pewno ludźmi, ale wątpliwości zastają szybko rozwiane. Moim zdaniem troszkę zbyt szybko.

Drugi ruch oporu dopiero powstaje. Mowa tu o pełzającym buncie na Galactice, bo – nie da się ukryć – sposób sprawowania władzy przez Tigha może prowadzić tylko w kierunku buntu. Widzimy, jak rodzi się opór wśród żołnierzy i cywilów, ale jak tu się nie stawiać, gdy wojsko przychodzi i zabiera ludziom zapasy? Szczególnie jeśli napięcie rośnie, komuś puszczają nerwy i wszystko kończy się czterema niewinnymi ofiarami.

Serial dryfuje w dziwnym kierunku. Dopóki przez kilka pierwszych odcinków to Cyloni byli głównymi wrogami, a pamięć o ataku była bardzo żywa, wszyscy ludzie zgodnie ze sobą współpracowali. Ale wystarczyło trochę oddechu, by na jaw wyszło to, co w ludziach najgorsze. Walka o władzę, prywata, małostkowość, śmierć zadana z zazdrości. Najciekawsze, że wszystko stało się w bardzo płynny, wręcz niezauważalny sposób.

To nie jest serial, który pokazywałbym dzieciom. Jest świetny, a każdy odcinek oglądam jak do tej pory z zapartym tchem. Ale z dziećmi będę oglądał Treka albo Wojny Klonów.