Battlestar Galactica ? ?Valley of Darkness? (odcinek 2×02, recenzja)

Poprzedni odcinek kończy się abordażem niewielkiej grupki Cylonów na pokład okrętu flagowego, więc było wiadomo, że teraz scenarzyści skupią się na walkach na okręcie. Troszkę przypomina wszystko pierwszego „Obcego”, bo tutaj też mamy małe i ciasne pomieszczenia z uszkodzonym światłem, korytarze, na których w każdej chwili może pojawić się coś śmiertelnie wrednego i uciekających bezradnie ludzi. Odgłosy walki i krzyki słychać przez ściany, co jakiś czas grupka uciekinierów natrafia na trupa. Znacie to z innych produkcji?

Wydaje mi się, że pomimo scen pełnych napięcia fabuła nie posuwa się tym razem do przodu. Pani prezydent trafia na końcu do karceru (czyli tam, gdzie była na początku), z Apollem sytuacja wygląda tak samo. Stary Adama dalej w śpiączce, Tigh nie radzi sobie z byciem dowódcą… Na Galactice nie dowiadujemy się niczego nowego o bohaterach, a i straty w ludziach są zadziwiająca mało – ginie 12 kompletnie nieznanych marines. W zasadzie można by spokojnie pominąć ten odcinek, gdyby nie to, co się dzieje na Capricii.

Bo tam okazuje się, że Starbuck ma głębię. Przed masakrą malowała, słuchała muzyki, itd. Tylko czy to wystarczy, żeby nie uznawać tego odcinka za swego rodzaju „zapchaj-dziurę”?