Dark Matter – „Episode Five” (sezon 1, odcinek 5, recenzja)

Po piątym odcinku nie mam wątpliwości, że scenarzyści jednak bawią się i wyśmiewają klisze naszego ulubionego gatunku. Inaczej nie można wyjaśnić tego, co ma miejsce na ekranie – załoga Razy mierzy się z kosmicznymi zombiakami :-D. Nie chce wierzyć w to, że scenarzyści wymyśliliby to na serio, po prostu nikt nie jest tak głupi…

Na początek spotkała mnie bardzo miła niespodzianka. Na ekranie pojawił się David Hewlett, czyli nie kto inny tylko doktor Rodney McKay ze StarGate Atlantis. Wciela się on w niejakiego Talbora Calcheka, który okazuje się być „agentem” tudzież „managerem” naszej grupy rzezimieszków, który po prostu załatwia im kolejne zlecenia. Czasu antenowego w odcinku w prawdzie za wiele nie miał, ale biorąc po uwagę jaką rolę pełni, bardzo prawdopodobnie jeszcze go zobaczymy. Jak można się domyślić, nasza załoga dostała robotę. Tym razem ma być to prosta misja odzyskania ładunku z uszkodzonego i opuszczonego frachtowca. Rzecz jasna okazało się, że zadanie w cale nie jest łatwe, a statek towarowy w cale nie jest opustoszały… Załoga w cale nie uciekła, tylko zamieniała się w zombiaki 😀

DarkMatter_gallery_105Recap_01

Oczywiście, jeśli chodzi żywe trupy, nic nas tutaj nie może zaskoczyć… przemianę powoduje ugryzienie, jest to rzecz jasna wirus sztucznie zaprojektowany w celu stworzenia nieśmiertelnego człowieka,  ktoś z Razy został ugryziony… Krótko mówiąc Resident Evil w kosmosie jak nic. Do takich kalek już się w zasadzie w Dark Matter przyzwyczaiłem i cały odcinek zdecydowanie oglądałem z uśmiechem na twarzy. Podobnie, jak w poprzednim odcinku, nasi bohaterowie rozdzielili się. Jedni odeskortowali ugryzionego współtowarzysza na Razę, natomiast pozostali szukali wciąż ładunku, po który tutaj przybyli. Na frachtowcu zostali Jedynka i Trójka, czyli powtórka z rozrywki z przedniego odcinka. Co więcej, duet ten znów jest najmocniejszym elementem fabuły epizodu.

DarkMatter_gallery_105Recap_05

Na uwagę w odcinku zasługuje jeszcze kilka elementów. Po pierwsze ciekawy jest wątek androida, który naprawdę coraz bardziej przypomina krzyżówkę Data’y i Seven of Nine ze Star Treka. Tym razem w krótkiej scence pokazuje, że kompletnie nie chwyta związków frazeologicznych. A jak już przy Gwiezdnej Wędrówce jesteśmy, to nie mogłem też nie zauważyć ukłonu w stronę Star Trek: Into Darkness. Otóż izolatka w ambulatorium na Razie jest łudząco podobne do celi, w której na Enterprise trzymano Khana. Bardzo podobała mi się tez sama sceneria frachtowca, w którego wydaje mi się wcielił się autentyczny współczesny wodny statek,. Wszystkie grodzie, ciężkie szczelne drzwi, ciasne korytarze. To wszystko naprawdę sprawiało w końcu wrażenie oszczędności miejsca w pojeździe kosmicznym. W przeciwieństwie do Razy, w której przestrzeń aż bije po oczach, a sufity są wysokie niemal jak w starych kamienicach. No i na koniec lekki spoiler, ale po tym, o czym jest ten odcinek, myślę że można to łatwo wywnioskować… Nasi bohaterowie znów nic nie zarobili, co dla mnie jest bardzo fajnym motywem niemalże „Sześciu spłukanych najemników i android w kosmosie” – brakuje tylko tablicy z aktualnym stanem finansów na koniec każdego epizodu:)

DarkMatter_gallery_105Recap_07

Piąty odcinek Dark Matter uważam za całkiem udany. Moim zdaniem najlepszy zaraz po pierwszych dwóch pilotowych epizodach. Co więcej, w końcu udało się scenarzystom trochę mnie zaskoczyć. Mianowicie takiego zakończenia wątku zarażonego członka załogi się nie spodziewałem. Nie jest to jakaś bomba, ale przynajmniej powoli idziemy w dobrym kierunku. Oczywiście, pozytywna ocena zależy praktycznie całkowicie od tego, w jaki sposób podszedłem do tego odcinka, czyli luz i świadomość, że serial jest robiony po prostu z jajem. Jak dla mnie, Dark Matter staje się bardzo fajną odskocznią, gdy potrzebujemy przerwy od jakiejś poważniejszej pozycji.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony SyFy oraz Wikipedii