Dark Matter – „Episode Four” (sezon 1, odcinek 4, recenzja)

Do czwartego odcinka Dark Matter zbierałem się chyba tydzień. Poprzedni epizod trochę dał mi w kość i mimo, że nie był super tragiczny, to jednak moja podświadomość silnie odwodziła mnie od kolejnego spotkania z załogą Razy (postanowiłem odmieniać tą nazwę jako żeńską).

Załoga statku o dźwięcznej nazwie Raza dociera w końcu do upragnionego celu, czyli stacji kosmicznej o bliżej niesprecyzowanej nazwie. Tam postanawiają się rozdzielić, Jedynka z Trójką mają za zadanie sprzedać kontrabandę w postaci broni, Dwójka i Piątka organizują pieniądze ze sprzedaży innego niepotrzebnego sprzętu ze statku, Szóstka idzie opatrzyć ranę do lekarza, a Czwórka tajemniczo próbuje ogarnąć osobiste sprawy, których wolałbym nie precyzować, żeby za mocno nie spojlerować.

DarkMatter_gallery_104Recap_01

Wydawałoby się, że powinno być ciekawie i dynamicznie, skoro mamy aż tyle wątków, jednak nie do końca tak jest. To znaczy, jest zdecydowanie lepiej, niż jak to miało miejsce w poprzednim odcinku. Tutaj faktycznie dzieje się sporo, jednak wciąż jest to proste, łopatologiczne, przewidywalne – najwyraźniej takiego standardu należy się już spodziewać do końca sezonu. Na szczęście podobnie jak to miało miejsce w epizodach pilotowych, słabostki fabuły są nadrabiane postaciami. Poznajemy trochę lepiej usposobienie naszych głównych bohaterów, a w przypadku niektórych nawet fragmenty życiorysu. Do tego poznajemy lepiej całe uniwersum i to jak do tej pory w największej dawce.

DarkMatter_gallery_104Recap_03

Najciekawszy według mnie jest wątek Jedynki i Trójki. Interakcja między nimi może nie jest aż tak zabawna, jak bym się spodziewał, jednak rzeczywiście ich relacje budowane na ekranie robią się interesujące. Oczywiście natrafili na problemy próbując dobić handlu, a ma to związek z zakończeniem poprzedniego odcinka, o którym wspomniałem w ostatniej recenzji. Na szczęście scenarzyści nie pojechali aż tak po bandzie, jak myślałem, a wręcz zakręcili jeszcze historią załogi Razy i w zasadzie to był chyba jedyny element oryginalny w fabule czwartego epizodu.

DarkMatter_gallery_104Recap_10

Na pochwałę zasługują smaczki związane ze światem przedstawionym. Samo wnętrze stacji kosmicznej to miejsca znane mi z Firefly’a – brudny, przeludniony punkt handlowy, gdzie każdy próbuje na czymkolwiek zbić trochę kasy. Do tego, bardzo mi się spodobała darkmatterowa wariacja na temat teleportacji przedstawiona  w reklamie telewizyjnej. Otóż przedsiębiorstwo przypominające biuro turystyczne proponuje innowacyjne podróże na ciekawe planety oddalone o lata świetlne, bez ruszania się z miejsca. Wybraną przez klienta lokację zwiedza klon, sklonowany w miejscu docelowym, z wszczepionymi wspomnieniami oryginału. Kopia turysty po odbyciu wycieczki wraca do placówki biura, gdzie wspomnienia są z powrotem, pobrane i wszczepione klientowi, natomiast klon ulega utylizacji… Proste, a cieszy 🙂 Do tego, każdemu widzowi w naszym kraju zakręci się łezka w oku widząc poczekalnie przed gabinetem lekarza – w przyszłości wciąż są numerki do doktora i oczywiście kolejki 🙂

Podsumowując czwarty odcinek Dark Matter muszę powiedzieć, że jest zdecydowanie lepiej niż ostatnio, a to dlatego, że wróciła dynamika. Tak jak wspomniałem tylko w ten sposób można kamuflować słabość scenariusza, przyprawiając to wszystko szczyptą humoru.  Do tego tym razem nie było też żadnych rażących błędów, które pozostawiły tak duży niesmak poprzednio. Niestety brakowało mi też powiewu świeżości na miarę wspominanego świetnego przesłuchiwania załogi przez androida. Jednak nie będę narzekać i jeśli takiej jakości odcinki będą do końca sezonu, to z przyjemnością i na luzie je obejrzę, a epizod trzeci potraktuję póki co jako wypadek przy pracy.

 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony SyFy oraz Wikipedii