Daredevil – „Condamned” (sezon 1, odcinek 6, recenzja)

Mimo tego, że poprzedni odcinek zakończył się cliffhangerem, nie czułem zbyt dużego parcia, żeby obejrzeć kolejny epizod.  Nie wiem, czy to właśnie takie podejście sprawiło, że uważam „Condamned” za najlepszy odcinek serialu do tej pory, czy po prostu faktycznie był dobry 🙂 Tym razem będę musiał lekko zaspoilerować, ponieważ to o czym chce wspomnieć, ogromnie wpływa na wartość tego odcinka.  Spokojnie spokojnie, będzie to na samym końcu tekstu i wydaje mi się, że nie jest to spoiler aż tak dużego kalibru.

Akcja rozpoczyna się dokładnie w tym miejscu, w jakim rozstaliśmy się z Daredevilem poprzednio. Nie zdradzając za wiele, mogę powiedzieć tylko, że Matt nie jest w najlepszej sytuacji, a to dopiero początek. Szybka sekwencja walki, jak zawsze solidnie zrealizowana i dynamika rośnie. Murdock w masce musi uciekać. Chwila uspokojenia następuje dopiero po chwili. Wówczas mamy czas, aby dowiedzieć się czegoś więcej o mojej ulubionej organizacji przestępczej i jej szefie. Rzecz jasna są to informacje, które nie mają prawa zaskoczyć nikogo. Intryga wymyślna przez Fiska jest wręcz infantylna i tak oryginalna, jak markowa odzież na bazarku. Jednak naprawdę dobrze ogląda się wątek główny i próbę wykaraskania się naszego superbohatera z bagna, w które wpadł. Czuć atmosferę osaczenia, a zarazem determinacji Matta, aby dowiedzieć się jak najwięcej o swoim głównym antagoniście. Dialogi między Daredevilem a jego „towarzyszem niedoli” (specjalnie nie piszę o kogo chodzi) są najciekawszym elementem odcinka. Z jednej strony Murdock zaczyna uświadamiać sobie, że to co robi może być niewystarczające a z drugiej strony jego rozmówca przekonuję się powoli, że zamaskowany bohater nie jest do końca taki, za jakiego go uważał.

Przez cały odcinek mamy też do czynienia z obrazem tego jak bardzo organizacja Fiska inwigilowała władze Hell’s Kitchen. Nie, żeby było to jakoś odkrywcze, jednak scenarzyści postanowili to naocznie pokazać w trakcie trwania epizodu. Policja czuje się bezkarnie i likwiduje niewygodne osoby nawet wielce nie starając się pozorować, że ktoś inny jest odpowiedzialny za śmierć tych ludzi. Wszystko to jest jak najbardziej zrozumiałe i jasne, jednak ciągle nie opuszcza mnie poczucie sztuczności i małej wiarygodności organizacji Fiska. Nadal nie potrafię stwierdzić dlaczego mam takie odczucia, ale jakoś mi to wszytko nie pasuje.

Przyszedł czas na wspomnienie tego, co moim zdaniem jest najważniejsze w tym odcinku Daredevila, więc jeśli nie chcecie spoilera, opuście po prostu dalszą część tego akapitu. Najlepsze jest zakończenie „Condamned”, kiedy Matt ostatecznie po rozmowie z tajemniczym (na ptrzeby tej recenzji) towarzyszem uświadamia sobie, że zasady jakie przyjął do tej pory, nie są i nie mają prawa być skuteczne w konfrontacji z tym z czym się mierzy. Postanowienie, że nie używa broni, tylko wyłącznie własnych pięści i przede wszystkim postanowienie, że nikt z jego ręki nie może zginąć nie doprowadzą go do sukcesu i obrony swojej dzielnicy przed złem. Muszę przyznać, że to mnie pozytywnie zaskoczyło i wreszcie widać w tym serialu jakieś przebłyski nadziei na chociażby skrawek czegoś oryginalnego i poważniejszego. Liczę na to, że już w kolejnych odcinkach, Daredevil będzie przechodził przemianę w kogoś bardziej bezwzględnego, okrutnego ale zarazem skuteczniejszego w walce z bezprawiem.

Na zakończenie mogę powiedzieć, że jestem mile zaskoczony tym odcinkiem. Całość oglądało się praktycznie jednym tchem z takim samym ciągłym zaciekawieniem, mimo tego, że sama fabuła nie grzeszyła oryginalnością i zaskakującymi zwrotami akcji. Udało się jednak utrzymać uwagę widza, a to już coś. Jest to dobra kontynuacja tego, co zapoczątkował poprzedni epizod, czyli przyjemna w odbiorze dynamika. Do tego bardzo mi się podobało zakończenie i to w jaki sposób zmieni ono osobowość i sposób działania Matta.

Wszystkie zdjęcia w tym artykule pochodzą z oficjalnej strony Marvela.