Star Trek Enterprise: Cold Front ? recenzja (odcinek 1×11)

Enterprise napotyka pielgrzymów odbywających święta podróż do miejsca kultu. Acher postanwia wyruszyć z nimi. Jednak jeden z pielgrzymów okazuję się zamaskowanym Sulibanem…..

Temporalna Zimna Wojna trwa. Następuje kolejne podejście Suliban do zaatakowania Enterprise. Na szczęście w załodze jest niejaki Daniels, który przybył z przyszłości, aby nam pomóc. Nie będę ukrywał, wątek wojny temporalnej nie jest moim ulubionym. Nie jest może tak jak w Archiwum X, gdzie odcinki powiązane fabularnie bywały katorgą, ale tutaj wolałbym oglądać raczkująca w kosmosie ludzkość niż słuchać o wojnie z przyszłości. Trochę trudno mi się przejmować walką, która jest aż tak oderwana od naszych czasów. Co nie zmienia faktu, że bardzo dobrze oglądało mi się ten odcinek. Daniels jako przybysz z przyszłości daje radę tak jak jego zabawki. Zaś sama fabuła… no cóż, mamy tę wojnę i musimy z tym żyć. Nie bardzo wiemy kto i co chce osiągnąć, ale za to rozumiem skąd ten pomysł. Scenarzyści pragnęli nam zaznaczyć, że to ten sam Star Trek co w innych seriach i mimo tych samych ras oraz pewnych wątków dołożyli podróże w czasie, aby Daniels mógł rzucać dziwne uwagi, które mówią nam, że to ta sama seria. Zabieg dziwny, ale na dłuższą metę skuteczny. Odcinek ciekawy i niebanalny.