Dark Matter – „Episode One” (Sezon 1, odcinek 1, recenzja)

Muszę przyznać, że zabierałem się do tego serialu dosyć długo. Jakoś z opisów, czy zwiastunów nic mnie nie przekonywało. Do tego żadne znane nazwisko, które mogłoby przyciągać widza nie pojawia się na liście płac, przynajmniej jeśli chodzi o aktorów. Jednak w jakiś sposób musiałem wypełnić pustkę po zakończonym właśnie The Expanse. Ponieważ kanał SyFy wydaje się być w dobrej formie, postanowiłem sięgnąć po drugą nową produkcję w kosmosie spod tego znaku firmowego.

Zaczyna się całkiem przyzwoicie – na statku kosmicznym budzi się szóstka nieznajomych i jak to bywa w takich sytuacjach, oczywiście nikt nie pamięta kim jest, ale wydają się pamiętać swoje umiejętności sprzed amnezji, fakt niby nic odkrywczego, ale przykuło moją uwagę. Tym bardziej, że od samego początku postacie ustawiły ten serial na odpowiednio luźnym poziomi próbując czerpać pełnymi garściami ze znanych i lubianych seriali science-fiction.

DarkMatter_gallery_101Recap_08

I tak mamy ironicznego, wygadanego osiłka lubiącego wszelką broń palną – krzyżówka Jacka O’Neilla (Gwiezdne Wrota SG-1) z Jayne’m (Firefly), jest małomówny Azjata spec od broni białej – wypisz wymaluj Teal’c (Gwiezdne Wrota SG-1), jest sarkastyczny wygadany i wyluzowany przystojniak – czyli Sheppard z Gwiezdnych Wrót: Atlantyda, jest też, a jakże by inaczej, zbuntowana, zielonowłosa nastolatka z wizjami i drygiem do inżynierii – krzyżówka uwielbianego Wesleya Crushera (Star Trek: The Next Generation) z River (Firefly). Do tego dochodzi sexy laseczka, która wykazuje zdolności przywódcze i znajomość statku a i mordę bije niczego sobie oraz czarnoskóry barczysty poczciwina, którego nie rozgryzłem. Ok, przyznaję brzmi to kiepsko, sztampowo i kiczowato, ale wiecie co? Na ekranie jakoś to wszystko działa, oczywiście traktując ten serial lekko, tak jak to z resztą mieliśmy do czynienia z genialnym Firefly’em i świetnymi Gwiezdnymi Wrotami (SG-1 i Atlantyda). Żeby było jeszcze bardziej ciekawie i jeszcze bardziej stereotypowo, to do całej mieszanki dołącza android… o kobiecej fizjonomii… jako siódmy członek załogi (na dodatek pozostali postanowili się do siebie zwracać numerkami, bo przecież nie znają swoich imion)… Seven of Nine ze Star Trek Voyager jak nic, tyle że mniej urodziwa.

DarkMatter_gallery_101Recap_02

Wszystko to może wydawać się naprawdę kiczowate i słabe, ale jakoś nie jest. Efekty dają radę, aktorsko tragedii nie ma, fabuła póki co nieskomplikowana i przewidywalna, ale wszystko razem zmieszane powoduje, że ogląda się to przyjemnie i z uśmiechem na ustach. Co więcej, podejrzewam, że taki właśnie był zamysł twórców. Nie szukać czegoś nowego na siłę, tylko wziąć to, co tak dobrze się udało w StarGate oraz Firefly i skupić się na humorze i charyzmie postaci, mniej zaś na prowadzonej historii. Sama fabuła jest naprawdę prosta, twist jaki zastosowano przewidziałem po około 10 sekundach, ale podejrzewam, albo raczej mam nadzieję, że taki był zamysł twórców. Na plus zasługuje klimat planety, na której bohaterowie ostatecznie ląduje,lekko puszczający oko do westernu, co znów budzi skojarzenia z Firefly’em. Do tego wolne kolonie, megakorporacje… znów nic nowego, ale jakoś to tutaj gra. Oczywiście odcinek kończy się moim ulubionym zabiegiem artystycznym, czyli clifhangerem.

DarkMatter_photogallery03

Podsumowując serial zapowiada się na lekkie kosmiczne science-fiction z dobrą dawką humoru i być może lekką parodią samej konwencji na co mogą wskazywać chociażby tytuły odcinków (tak, to nie jest mój błąd przy tytułowaniu tego wpisu). Co więcej, moje skojarzenia z Gwiezdnymi Wrotami okazały się jak najbardziej słuszne, jako że producentami Dark Matter są panowie odpowiedzialni wcześniej za SG-1 i Atlantydę. Póki co jestem naprawdę bardzo pozytywnie nastawiony do Dark Matter i jeśli faktycznie okaże się tym co sugeruje pierwszy odcinek, to będzie bardzo bardzo dobrze, a StarGate będzie miał bardzo godnego następcę (Firefly’a oczywiście nic nie jest w stanie zastąpić 😉 ).

Wszystkie zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony SyFy oraz Wikipedii