Battlestar Galactica ? ?You Can’t Go Home Again? (odcinek 1×05, recenzja)

Wygląda na to, że BSG można oglądać tylko i wyłącznie ciągiem, bo – w przeciwieństwie do niektórych innych seriali – skakanie po odcinkach nie ma sensu. Fabuła rozwija się płynnie i każdy odcinek dość mocno opiera się na tym, co wydarzyło się poprzednio.

Opuszczona po walce Starbuck musi jakoś poradzić sobie z brakiem tlenu i samotnością, a jednocześnie znaleźć sposób na powrót do domu. W tym samym czasie flota rozpoczyna beznadziejne poszukiwania, narażając cały sprzęt, zasoby i ludzi, by ją odszukać. Po raz kolejny mamy sytuację, gdy bohaterowie są postawieni w ekstremalnych sytuacjach – tutaj skupiamy się na Lee i Williamie Adama, który mając władzę zaczynają ją naprawdę mocno wykorzystywać, by odnaleźć jednego człowieka. A wszystko znowu z poczucia winy…

Ja wiem, że takie postawienie sprawy może niektórym wydawać się nudne. „Ojej, znowu to samo?” Ale nie mogę się z takim postawieniem sprawy zgodzić. Mnie ten serial zaczyna się bardzo podobać. Bo fantastyka to nie tylko widowiskowe wybuchy w kosmosie i ganianie się tam i z powrotem rakietami. Fantastyka próbuje postawić człowieka w sytuacjach niewyobrażalnych, a następnie patrzy co się wydarzy. Fantastyka naukowa robi to samo ekstrapolując jednocześnie postęp naukowy i techniczny, co daje kolejne okazje do znęcania się nad fikcyjnymi postaciami.

I dokładnie to tutaj mamy. Nie mogę oprzeć się porównaniom ze Star Trekiem (moim ulubionym!), bo tam też chodziło o odkrywanie charakteru człowieka w naprawdę dziwnych sytuacjach (zamieszanie temporalne, spotkanie z niezrozumiałą cywilizacją, itp.). Oba seriale mają jednak własną receptę na sukces i każdy ma własną tożsamość.

Po pięciu odcinkach stwierdzam jednoznacznie: jest dobrze i nie żałuję rozpoczęcia mojej przygody z BSG. Bohaterowie dają się lubić, świat przedstawiony jest dość spójny i przemyślany, a ilość szczegółów w tle może zadowolić każdego geeka. Decyzja brzmi: oglądamy dalej.