Star Trek Enterprise: Strange new world ? recenzja (odcinek 1×04)

Statek kapitana Archera dolatuję do niezamieszkałej planety klasy „M”. Część załogi postanawia spędzić noc pod gwiazdami. Nie wiedzą jednak, że na planecie czai się niebezpieczeństwo…

W tym odcinku pokazano nam niedoświadczenie załogi Archera jak i jego samego. Nieznający jeszcze realiów Archer, radośnie zgadza się na pozostanie części załogi na nieznanej planecie mimo, że wypadałoby najpierw ją przebadać wzdłuż i wszerz. Gdy natomiast jest już za późno, scenarzyści pokazują nam najbardziej skrywane lęki Tripa. Gdy obsesyjnie zaczyna wierzyć, żę T’Pol spiskuje przeciwko nim i dość łatwo przekonuje do tego resztę grupy, to wiemy jak mocna jest fobia wolkańska. Z kolei widzimy też jak mocna jest przyjaźń pomiędzy Tripem a Archerem. Generalnie lekko nudnawy odcinek z ciekawymi przesłankami. Bardzo lubię odcinki, w których pokazuję nam się zupełnie nowy groźny świat i cieszy mnie konsekwencja, że oglądamy serial o młodej załodze, która popełnia błędy. Tak samo jak podoba mi się „zimna przyjaźń” pomiędzy ludźmi a wolkanami pokazywana na każdym kroku. W Star Treku zawsze widzieliśmy zwycięska i potężna ludzkość a tu bardzo ciekawie pokazano jak do tego doszło. Jakie stereotypy trzeba było przełamać i to po jednej jak i po drugiej stronie.