Battlestar Galactica – „33” (odcinek 1×01, recenzja)

Pierwszy odcinek pełnoprawny odcinek Battlestar Galactica kontynuuje wątek ucieczki sprzed nosa Cylonom resztek ludzkości. I robi to w całkiem niezłym stylu… Przez cały odcinek z ekranu emanuje beznadzieja położenia ludzi, ich zmęczenie, brak sił i pogarszający się stan eksploatowanych do granic możliwości okrętów. Duży plus dla scenarzystów i aktorów, chociaż odrobinę chyba przekombinowano z długością czasu bez snu… 🙂 Co 33 minuty załoga jest zmuszona robić kolejny skok hiperprzestrzenny, bo w niewyjaśniony sposób dokładnie po tym czasie od skoku są znajdowani przez wrogie maszyny. I tak od pięciu dni.

O ile do położenia, w którym znajdują się bohaterowie nie mam zastrzeżeń, o tyle troszkę zastanawia mnie wyjaśnienie i rozwiązanie tego wątku. Fakt, że zepsuł się akurat „ten” statek, to ogromny zbieg okoliczności – jak dla mnie zahaczający wręcz o wyjścia typu „deus ex machina”. Nie przeszkadza to jednak w odbiorze odcinka, bo pomijając to jedno zdarzenie reszta jest naprawdę sensowna, a motywacja i działania bohaterów mają swoje logiczne uzasadnienie, a to w serialach i filmach cenię najbardziej. Co więcej: powoli zaczynam się nawet oswajać z ilością nazwisk pojawiających się na ekranie i choć podczas pilota były z tym problemy, to po pierwszym odcinku wiem już o kogo chodzi, gdy któraś z osób wspomina o innym bohaterze. 🙂

Podsumowując: całość jest niezła i zdecydowanie stwierdzam, że póki co było warto sięgnąć po BSG.