Czerwone żniwa – recenzja książki

Na odległej planecie, w akademii sithów mroczny lord prowadzi pewne nietypowe badania. Nie wie, że zaprowadzą go do zagłady…

Kolejna książka osadzona w Starej Republice i murowany kandydat do najgorszej powieści z całego uniwersum. Autor popełnia szereg błędów, które zdecydowanie zaciągają tę powieść na samo dno. Po pierwsze, mamy tu do czynienia z akademią sithów, w której zachowanie uczniów bardziej przypomina zachowanie niedojrzałych nastolatków rodem z głupkowatych amerykańskich komedii. Jako przykład podam, że przywiązano jednego z bohaterów nago do łóżka, a potem nagrano to holokamerą. Następnie dowiadujemy się o Jedi, którzy kontaktują się z roślinami (sic!), żeby poznać opiekuna (rozmówce) pewnej orchidei. Na koniec, ponieważ autor uznał, że to za mało, żeby nas złamać, okazuję się, że mroczny lord stwarza… zombie. Tak więc dostajemy nastoletni horror z zombiakami, a w tle gwiezdne wojny. Nie mówię, że ten pomysł nie mógł się udać ale tutaj autorowi zdecydowanie coś nie wyszło. Na plus dodam, że książka jest bardzo krótka więc męczarnie teoretycznego czytelnika nie będą zbyt długie.Przyznaję się, że próbowałem doszukać się w tej książce jakiś pozytywów, ale scena w której zombie z odciętą głową bierze swój czerep i rzuca nim w przeciwnika, aby go pokąsać zdecydowanie przeważyło szalę. Proponuję omijać szerokim łukiem.