Świt Jedi: W nicość – recenzja książki

Lanoree zostaje wezwana przed Radę Je’daii, aby otrzymać najważniejszą misję w swoim życiu. Polega ona na uratowaniu całego układu przed zagładą. Lanoree wie, że jest silna Mocą nie wie jednak dlaczego właśnie ona została wybrana do tej misji…

Hmm. Akcja tej książki dzieje się ponad 25000 lat przed wydarzeniami z Nowej Nadzieji co teoretycznie powinno dać pisarzowi sporo swobody. Są to czasy jeszcze przed Republiką, cała akcja dzieje się w jednym układzie, a zamiast Zakonu Jedi, mamy Je’daii bez podziału na Jasną i Ciemną Stronę. Brak również świetlnych mieczy (choć ten przez moment się pojawia), co więcej mamy tu nawet Sithów (tych prawdziwych) a cały zakon mieści się na planecie Tython przepełnioną Mocą. Przyznacie, że świetnie się to wszystko zarysowuje? Niestety w moim odczuciu autor nie podołał temu zadaniu. Zamiast zaoferować nam prawdziwy świt Jedi, dał nam zwykłą przygodówkę w stylu Indiany Jonesa. Tak, mamy tu odkrycia archeologiczne i dochodzenie skąd pochodzą Je’daii. O wiele bardziej wolałbym dowiedzieć się o tym jak doszło do podziału na dwie strony Mocy albo poczytać o odkryciu miecza świetlnego. Jedno, co naprawdę wyszło autorowi, to opis szkolenia na Tythonie i fakt, że nasza główna bohaterka używa zarówno strony Jasnej i Ciemnej. Gdyby tylko autor odważył się iść krok dalej. Gdyby zechciał nam powiedzieć coś więcej o filozofii pierwszych Jedi. No ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Zamiast tego mamy ciekawy opis planety Tython, mega ciekawy opis szkolenia i banalną fabułę przygodową.