Archiwum X: Founder’s Mutation ? recenzja (odcinek 10×02)

Kolejny odcinek nowego sezonu Archiwum X nie rozczarowuję. Gdy widzimy naszych ulubionych agentów FBI w tradycyjnych garniturach, siedzących w biurze Muldera (w którym jest oczywiście tylko jedno biurko) ciężko nie oprzeć się wrażeniu, że to stary, dobry Archiwum X. Tak rzeczywiście jest, twórcy nie starali się kombinować i wymyślać na nowo koła, jak chociażby postąpili scenarzyści serialu House of cards w sezonie trzecim. Tutaj nie mamy żadnych udziwnień, więc widz znający poprzednie sezony czuję się jak w domu. W zasadzie, gdyby nie widoczne 15 lat na twarzy Muldera, to można by odnieść wrażenie, że widzimy wydarzenia bezpośrednio po 9 sezonie co stanowi spory plus dla twórców. Fabuła tego odcinka dotyka wątku kosmitów, ale bardzo delikatnie, co więcej można odnieść wrażenie, że jest to samodzielny odcinek, czyli to za co kochamy Archiwum X najbardziej. Nie będę tutaj zdradzał fabuły, ale przyznaję, że zdołała mnie zainteresować i wciągnąć. Myślę, że pomalutku można publicznie ogłosić, że reanimacja serialu się udała, a pacjent przeżył (przynajmniej póki mamy Muldera i Scully). Zwłaszcza, że po pierwszym odcinku, który wpasowywał się w tradycyjny wątek serialu ten drugi zaczyna przypominać, jak wspomniałem, te nasze ulubione pojedyncze odcinki. Na razie moim zdaniem jest dobrze, a może być jeszcze lepiej. Byle wytrwać do poniedziałku.