Archiwum X: My Struggle – recenzja (odcinek 10×01)

Informacja, że „Archiwum X” wraca na małe ekrany zelektryzował całe środowisko fanów sci-fi w tym oczywiście członków naszego instytutu. Z ogromną nadzieją wiązały się też równie wielkie obawy. Czy serial dorówna swemu wielkiemu poprzednikowi? W końcu mówimy tu o jednym z najsłynniejszych i najlepszych seriali sci-fi w historii. Fakt, że w serialu zobaczymy Muldera i Scully (których brakowało w ostatnich sezonach) sprawiał, że ja osobiście byłem pełen dobrych myśli. W dalszej części tekstu postaram się zrecenzować najnowszy odcinek, ale nie bójcie się, będę uważał, żeby zbyt nie zaspojlerować. Przede wszystkim, aby nie trzymać was w dalszej niepewności, udało się. To jest „Archwum X” z całym dobrodziejstwem inwentarza. Gdy na początku zobaczyłem i usłyszałem wspomnienia Muldera, byłem już usatysfakcjonowany. Bez dłużyzn, w fajny sposób podsumowano poprzednie sezony. Potem nastąpiła legendarna czołówka serialu. I wiecie co? Jest to ta sama czołówka, która była z nami przez poprzednie sezony i całe szczęście. Sama myśl, że ktoś mógłby ją zmienić sprawia, że mam dreszcze. Co do fabuły odcinka, to żeby zbyt dużo nie spojlerować, powiem tylko, że obraca się w klimacie wątku głównego serialu, który jak dla mnie najlepszy nie był. O wiele bardziej wolałem odcinki pojedyncze, w których to nasi dzielni agenci spotykali dziwne zjawiska od dżinów poprzez wampiry aż do pętli czasowych. Z kolei wątek główny, który bazował na kosmitach, był wyraźnie słabszy. Jednak decyzja, aby pierwszy odcinek był właśnie o tym jest jak najbardziej logiczna. Każdy pierwszy odcinek każdego sezonu był z tego wątku. Wiec nie ma co marudzić tym bardziej, że było chyba nawet trochę ciekawiej. arch 1

Tak wiec, fabuła kręci się wokół kosmitów i porwań ludzi przez nich. Więcej nie zdradzę ale powtórzę, że było całkiem ciekawie. Co do aktorów to wszyscy dali radę z tym, że podstarzały Duchovny chyba zbyt długo grał Hanka Moody’ego w innym serialu. Gdy zobaczyłem go nieogolonego w rozpiętej bluzce i ciemnych okularach nieuchronnie skojarzyłem to z postacią z „Californication”, ale możliwe, że tek efekt zniknie już po drugim odcinku z pewnej przyczyny, o której później powiem. Z kolei Anderson gra Scully trochę bardziej pewną siebie. Zupełnie mi to nie przeszkadza a nawet mi się podoba. Żałuje tylko, że nie posiada już swoich tak charakterystycznych rudych włosów. Ze starych znajomych pojawia się jeszcze Skinner i legenda serialu: Palacz. Cały odcinek odbieram na plus jako dobry przykład na reanimację starej serii i przyznaję się ,że nie mogę się już doczekać następnego odcinka, czyli jutra. A na koniec delikatny spojler: dlaczego uważam, że w drugim odcinku Fox nie będzie mi przypominał Hanka Moody’ego? Bo jak powiedział Palacz na koniec odcinka, archiwum X zostaję otwarte! Co oznacza, że już jutro zobaczymy znowu agentów FBI w akcji. Chyba czeka mnie bezsenna noc…