Expanse -„Windmills” (sezon 1, odcinek 7, recenzja), czyli donkey balls i wiatraki.

To już trzeci spokojny odcinek z rzędu i zaczynam się zastanawiać, czy czasem The Expanse nie straciło trochę formy.  Jest na tyle spokojnie, że bez spoilerów powoli nie wiem co pisać w recenzji 😛 Jednak nie ma obaw tradycyjnie postaram się unikać wszelkich informacji, które mogłyby Wam zepsuć przyjemność z oglądania. Tym razem mamy powrót na Ziemię i poznajemy lepiej pochodzenie Holdena. Do tego dochodzi kolejna kosmiczna podróż w wątku głównym i kompletnie nijakie pchnięcie fabuły na stacji Ceres.

Zaczynam się naprawdę martwić o ten serial. Tak jak początek był naprawdę z wysokiego C, później było jeszcze lepiej, tak teraz coraz silniejsze odnoszę wrażenie, że czwarty odcinek kompletnie wypompował twórców z wszelakich życiodajnych soków. „Windmills” jest na pewno lepszy niż poprzedni epizod, jednak nie będę ukrywał, że to uspokojenie akcji zaczyna mocno męczyć. Na szczęście tym razem mamy kilka smaczków, które tak sobie w The Expanse cenię. Przede wszystkim w tym odcinku dłuższą chwilę poświęcamy wydarzeniom na Ziemi. Jest to najdłuższy wątek poprowadzony na naszej planecie, jaki do tej pory widzieliśmy w serialu. Dzięki temu poznajemy rodzinę Holdena, która jest dosyć osobliwa (nic więcej nie mogę powiedzieć bez spoilerow). Dowiadujemy się też jak wyglądało jego dzieciństwo i w jaki sposób znalazł się na statku Canterbury. Co ciekawe jest to trzeci odcinek z rzędu który nawiązuje do Cervantesa. Tym razem odniesienie jest nie tylko poprzez widok farmy pionowych wiatraków w północnej Arizonie,  czy otwartego „Don Kichote’a” w domu rodzinnym Holdena, ale także przez sam tytuł odcinka.

W wątku głównym dowiadujemy się kilku ciekawych rzeczy o Marsjanach, czyli chyba mojej ulubionej frakcji w uniwersum. Od tego odcinka już wiemy się, że istnieje we flocie ultra tajna jednostka do zadań specjalnych, o których akcjach nie wie żaden inny okręt.  Coraz bardziej przypominają mi tym samym Romulan lub Kardazjan ze Star Treka. Do tej sytuacji odnosi się też „donkey balls” z tytułu tej recenzji, ale oczywiście nie powiem w tej chwili na ten temat już nic więcej.

Stacja Ceres to praktycznie nic ciekawego, może oprócz tego, że prawdopodobnie od przyszłego odcinka, akcja przeniesie się na stację Eros – kolejną planetoidę skolonizowaną w Pasie. Ze smaczków technologicznych w tym kontekście, można natomiast uraczyć się sekwencją startu statku pasażerskiego, któremu w odcumowaniu od stacji  pomagają małe holowniki, które „przyklejają” się do boku kadłuba frachtowca.

Podsumowując „Windmills” nie jest tym odcinkiem, na jaki czekam. Uspokojenie fabuły zaczyna męczyć i mimo, że w gruncie rzeczy nie był to zły odcinek, to czuć już pewne przeciąganie akcji. To już trzeci epizod, który kończy się dając nadzieje widzowi, że już w następnej części zacznie się dziać i przyznam szczerze, że takie oszukiwanie mnie robi się nieznośne. Zbliżamy się jednak nieubłaganie do finału sezonu i naprawdę liczę na dynamiczne zacieśnianie się wątków od kolejnego odcinka, bo kredyt zaufania  jaki The Expanse u mnie miał zaczyna się powoli kończyć…

Wszystkie zdjęcia w tym artykule pochodzą z oficjalnej strony kanału SyFy.