Revan – recenzja książki

UWAGA: JEŻELI NIE GRAŁEŚ JESZCZE W GRĘ KOMPUTEROWĄ KNIGHTS OF THE OLD RUPUBLIC A MASZ ZAMIAR (NA PEWNO POWINIENEŚ), TO NIE CZYTAJ TEJ RECENZJI.
Revan po zwycięstwie nad Malakiem próbuję odzyskać pamięć i dowiedzieć się co dokładnie wydarzyło się w nieznanych regionach i dlaczego zwrócił się tam ku ciemnej stronie. Wyrusza więc w nieznane aby odkryć przerażającą tajemnicę…..

Ta książka bardzo dużo wnosi do świata Star Wars jak i do gry komputerowej Knights of The Old Republic. Poznajemy w niej (książce) Imperium Sithów (tak, Palpatine nie był zbyt oryginalny) jego zwyczaje oraz jeszcze lepiej postać Revana. Gdy bowiem ten otrzymuję wizję od Mocy na temat burzowej planety bez wahania wyrusza zostawiając swoją żonę (Bastilę) w ciąży. Z kolei w Imperium poznajemy młodego ambitnego Sitha, którego los splata z Revanem. Bardzo ciekawa i interesująca książka. Dowiadujemy się sporo o Sithach i Imperatorze przy którym nasz dobry znajomy Palpatine to pikuś. Ten bowiem, aby zapewnić sobie nieśmiertelność wyssał całą energię i Moc ze swojej ojczystej planety. A dzięki jego potędze Revan i Malak przeszli na Ciemną Stronę Mocy. Dzięki temu nasza wiedza na temat uniwersum Star wars się poszerza a nie ukrywam, że miło poczytać książkę w której Coruscant nie jest atakowane a Jedi są zwykłymi strażnikami pokoju. Książka delikatnie porusza tematy związane z pierwszą i drugą częścią KOTORA nie na tyle by zabić przyjemność z grania ale niestety zdradza nam ten najsłynniejszy twist z pierwszej części. Naprawdę ciekawie było poznać zwyczaje i Imperium Sithów oraz ciąg dalszy przygód Revana, który poznał istotę Mocy w inny sposób niż reszta Jedi. A zakończenie z kolei pozwala podejrzewać, że tak historia się nie skończy. W końcu Imperator musi być pokonany. Przyznaje, że jestem bardzo ciekaw jak ta historia się rozwinie.

Daredevil – „Into the Ring” (sezon 1, odcinek 1, recenzja)

Osobiście, w przeciwieństwie do większości osób w tym kraju, niezmiernie ucieszyłem się z faktu, że Netflix został udostępniony dla internautów w Polsce. Dla mnie, ilość już udostępnionego materiału sprawia, że jest co oglądać przez długi czas, a perspektywa ciągłego przyrostu contentu może tylko cieszyć. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że po pierwsze, jest tam mnóstwo science-fiction, a po drugie Netflix rozpoczął współpracę z Marvelem, co zaowocowało jak do tej pory dwoma serialami: Jessica Jones oraz rzecz jasna Daredevilem, a po trzecie jak jest taka możliwość – miesiąc darmowego oglądania, to trzeba było to przetestować :). Padło na Daredevila, ze względu na to, że nadal to sci-fi, a na dodatek szumu wokół tego serialu w internecie zrobiło się naprawdę sporo i postanowiłem sprawdzić czy faktycznie wszelkie zachwyty są uzasadnione.

dalej „Daredevil – „Into the Ring” (sezon 1, odcinek 1, recenzja)”

Expanse -„Salvage” (sezon 1, odcinek 8, recenzja), czyli wszystkie drogi prowadzą na Erosa.

Nareszcie po trzech odcinkach żółwiego wręcz tempa Expanse zdecydowania wraca do doskonałej formy.  Nie będę ukrywał, że obawiałem się, że jeszcze w ósmym epizodzie scenarzyści będą przeciągać akcję, aby wszystko zostawić na finał. Na szczęście moje obawy się nie sprawdziły dostajemy kawał solidnego science-fiction.

dalej „Expanse -„Salvage” (sezon 1, odcinek 8, recenzja), czyli wszystkie drogi prowadzą na Erosa.”

Marsjanin – recenzja książki

Podczas ewakuacji z Marsa jeden z członków ginie. Dowódca nie może tracić czasu na szukanie ciała i zarządza kontynuację ucieczki. Dobra wiadomość jest taka, że wypadek nie był śmiertelny i członek załogi przeżył. Zła wiadomość jest taka, że został sam na nieprzyjaznej planecie i nikt nie wie o tym, że ciągle żyje….

Sięgnąłem po tę książkę z lekką obawą. Książka w której mamy tylko jednego bohatera? Co więcej uwięzionego na nieprzyjaznej i pustej planecie? Brzmi nudnie prawda? No ale książkę polecił mi członek klubu P.I.F.K.O (Wookie), zapewniając, że nudno nie będzie. I wiecie co? Miał rację. Co do nudy. Obiecuję, że każdy kto sięgnie po tę książkę nudzić się nie będzie, co więcej dawno nie czytałem książki z tak dobrym humorem. Od teraz zaczynam strefę drobnych i większych spojlerów wiec jeśli chcecie przeczytać Marsjanina przestańcie czytać ten artykuł. Skoro zostaliście ostrzeżeni, to zaczynamy.

Cała ta książka to szkoła przetrwania na Marsie. Główny bohater niczym Robinson Crusoe musi przetrwać w nowym środowisku. Tyle, że w przeciwieństwie do tamtego bohatera, na Marsie nie można nic upolować ani wyhodować. Na szczęście nasz bohater wpada na pomysł zasiania …. ziemniaków. Tak, dobrze słyszeliście, ziemniaki na Marsie. A to tylko jeden z jego szalonych pomysłów na przetrwanie. Ogólnie to książka o wielkiej sile przerwania, samotności i ludzkiej pomysłowości. W książce autentycznie czuć samotność jedynego człowieka na Marsie jak i desperację NASA, aby go uratować. W moim odczuciu jest to książka bardzo optymistyczna. Pokazuję ona jak bardzo trudno jest złamać ludzką wolę przetrwania a ogólne zjednoczenie, aby pomóc naszemu samotnemu mieszkańcowi Marsa jest bardzo krzepiące (nawet Chiny ruszyły z pomocą ). Do tego jest to opisane w taki sposób, że mogłoby się to wydarzyć naprawdę (co więcej część ludzi uważała, że jest to książka oparta na faktach) zwłaszcza zaimponowała mi postawa załogi gotowej nawet na kanibalizm.

Podsumowując to jedna z najlepszych książek sci-fi jaką ostatnio czytałem i gorąco polecam każdemu kto wyruszałby na Marsa i zastanawiał się jak przetrwać. A jeśli nie zamierzasz w najbliższym czasie odwiedzić czerwonej planety, to poczytaj o kolesiu który przetrwał tam sporo czasu.

Archiwum X: Founder’s Mutation – recenzja (odcinek 10×02)

Kolejny odcinek nowego sezonu Archiwum X nie rozczarowuję. Gdy widzimy naszych ulubionych agentów FBI w tradycyjnych garniturach, siedzących w biurze Muldera (w którym jest oczywiście tylko jedno biurko) ciężko nie oprzeć się wrażeniu, że to stary, dobry Archiwum X. Tak rzeczywiście jest, twórcy nie starali się kombinować i wymyślać na nowo koła, jak chociażby postąpili scenarzyści serialu House of cards w sezonie trzecim. Tutaj nie mamy żadnych udziwnień, więc widz znający poprzednie sezony czuję się jak w domu. W zasadzie, gdyby nie widoczne 15 lat na twarzy Muldera, to można by odnieść wrażenie, że widzimy wydarzenia bezpośrednio po 9 sezonie co stanowi spory plus dla twórców. Fabuła tego odcinka dotyka wątku kosmitów, ale bardzo delikatnie, co więcej można odnieść wrażenie, że jest to samodzielny odcinek, czyli to za co kochamy Archiwum X najbardziej. Nie będę tutaj zdradzał fabuły, ale przyznaję, że zdołała mnie zainteresować i wciągnąć. Myślę, że pomalutku można publicznie ogłosić, że reanimacja serialu się udała, a pacjent przeżył (przynajmniej póki mamy Muldera i Scully). Zwłaszcza, że po pierwszym odcinku, który wpasowywał się w tradycyjny wątek serialu ten drugi zaczyna przypominać, jak wspomniałem, te nasze ulubione pojedyncze odcinki. Na razie moim zdaniem jest dobrze, a może być jeszcze lepiej. Byle wytrwać do poniedziałku.

Świt Jedi: W nicość – recenzja książki

Lanoree zostaje wezwana przed Radę Je’daii, aby otrzymać najważniejszą misję w swoim życiu. Polega ona na uratowaniu całego układu przed zagładą. Lanoree wie, że jest silna Mocą nie wie jednak dlaczego właśnie ona została wybrana do tej misji…

Hmm. Akcja tej książki dzieje się ponad 25000 lat przed wydarzeniami z Nowej Nadzieji co teoretycznie powinno dać pisarzowi sporo swobody. Są to czasy jeszcze przed Republiką, cała akcja dzieje się w jednym układzie, a zamiast Zakonu Jedi, mamy Je’daii bez podziału na Jasną i Ciemną Stronę. Brak również świetlnych mieczy (choć ten przez moment się pojawia), co więcej mamy tu nawet Sithów (tych prawdziwych) a cały zakon mieści się na planecie Tython przepełnioną Mocą. Przyznacie, że świetnie się to wszystko zarysowuje? Niestety w moim odczuciu autor nie podołał temu zadaniu. Zamiast zaoferować nam prawdziwy świt Jedi, dał nam zwykłą przygodówkę w stylu Indiany Jonesa. Tak, mamy tu odkrycia archeologiczne i dochodzenie skąd pochodzą Je’daii. O wiele bardziej wolałbym dowiedzieć się o tym jak doszło do podziału na dwie strony Mocy albo poczytać o odkryciu miecza świetlnego. Jedno, co naprawdę wyszło autorowi, to opis szkolenia na Tythonie i fakt, że nasza główna bohaterka używa zarówno strony Jasnej i Ciemnej. Gdyby tylko autor odważył się iść krok dalej. Gdyby zechciał nam powiedzieć coś więcej o filozofii pierwszych Jedi. No ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Zamiast tego mamy ciekawy opis planety Tython, mega ciekawy opis szkolenia i banalną fabułę przygodową.

Archiwum X: My Struggle – recenzja (odcinek 10×01)

Informacja, że „Archiwum X” wraca na małe ekrany zelektryzował całe środowisko fanów sci-fi w tym oczywiście członków naszego instytutu. Z ogromną nadzieją wiązały się też równie wielkie obawy. Czy serial dorówna swemu wielkiemu poprzednikowi? W końcu mówimy tu o jednym z najsłynniejszych i najlepszych seriali sci-fi w historii. Fakt, że w serialu zobaczymy Muldera i Scully (których brakowało w ostatnich sezonach) sprawiał, że ja osobiście byłem pełen dobrych myśli. W dalszej części tekstu postaram się zrecenzować najnowszy odcinek, ale nie bójcie się, będę uważał, żeby zbyt nie zaspojlerować. Przede wszystkim, aby nie trzymać was w dalszej niepewności, udało się. To jest „Archwum X” z całym dobrodziejstwem inwentarza. Gdy na początku zobaczyłem i usłyszałem wspomnienia Muldera, byłem już usatysfakcjonowany. Bez dłużyzn, w fajny sposób podsumowano poprzednie sezony. Potem nastąpiła legendarna czołówka serialu. I wiecie co? Jest to ta sama czołówka, która była z nami przez poprzednie sezony i całe szczęście. Sama myśl, że ktoś mógłby ją zmienić sprawia, że mam dreszcze. Co do fabuły odcinka, to żeby zbyt dużo nie spojlerować, powiem tylko, że obraca się w klimacie wątku głównego serialu, który jak dla mnie najlepszy nie był. O wiele bardziej wolałem odcinki pojedyncze, w których to nasi dzielni agenci spotykali dziwne zjawiska od dżinów poprzez wampiry aż do pętli czasowych. Z kolei wątek główny, który bazował na kosmitach, był wyraźnie słabszy. Jednak decyzja, aby pierwszy odcinek był właśnie o tym jest jak najbardziej logiczna. Każdy pierwszy odcinek każdego sezonu był z tego wątku. Wiec nie ma co marudzić tym bardziej, że było chyba nawet trochę ciekawiej. dalej „Archiwum X: My Struggle – recenzja (odcinek 10×01)”

Expanse -„Windmills” (sezon 1, odcinek 7, recenzja), czyli donkey balls i wiatraki.

To już trzeci spokojny odcinek z rzędu i zaczynam się zastanawiać, czy czasem The Expanse nie straciło trochę formy.  Jest na tyle spokojnie, że bez spoilerów powoli nie wiem co pisać w recenzji 😛 Jednak nie ma obaw tradycyjnie postaram się unikać wszelkich informacji, które mogłyby Wam zepsuć przyjemność z oglądania. Tym razem mamy powrót na Ziemię i poznajemy lepiej pochodzenie Holdena. Do tego dochodzi kolejna kosmiczna podróż w wątku głównym i kompletnie nijakie pchnięcie fabuły na stacji Ceres.

dalej „Expanse -„Windmills” (sezon 1, odcinek 7, recenzja), czyli donkey balls i wiatraki.”

Gwiezdne wojny VII – Przebudzenie Mocy

Podczas gdy Nowy Porządek coraz silniej zaciska pięść, zawiązuję się Rebelia. W trakcie przekazywania ważnych danych, przyjaciel księżniczki Leii zostaje zaatakowany, a ona sama złapana. Na szczęście ważne plany dla rebelii posiada pewien robot wysłany w ostatniej chwili na pustynną planetę Jakku …….

Siódma część na której byłem premierze wraz z klubem od początku wzbudzała wiele emocji. Fakt, że to Disney kupił prawa do serii nie napawał optymizmem. Fakt , że reżyserem został J.J. Abrams z kolei wzbudzał uzasadniony optymizm. Trochę seriale animowane ze stacji Disneya były niepokojące ze względu, że wszystko wskazywało na to, że seria ma być zmieniona w bajeczkę dla dzieci (a nie dla dorosłych). Wreszcie się doczekaliśmy. Usiedliśmy w kinie i już wiedzieliśmy która wersja wygrała. Dla mnie niestety wygrała wersja Disneyowska. Zacznę od pozytywów: efekty specjalne jak zwykle na solidnym poziomie, piękne widoki raczą nasze oczy. Pojawił się też całkiem sympatyczny humor którego przedtem trochę brakowało. Świetny mały droid który trochę skradł show. Przejdźmy teraz do tego dlaczego uważam, że wygrała wersja Disneya. Czytaliście mój opis fabuły Nowej Nadziei? Jeśli tak to prawdopodobnie już zauważyliście niezwykłe podobieństwo opisu fabularnego tego filmu. Niestety ten film to kalka tamtej historii. To już nie jest nawiązanie ale zwykłe kopiowanie. Mocno liczyłem, że historia w odległej galaktyce pójdzie do przodu, że zobaczymy coś epickiego. Zamiast tego dostaliśmy odgrzewany kotlet z poprzednich części. Do tego dochodzi jeszcze główny antagonista czyli Darth Kylo Ren. A jest to chyba najgorsza postać od czasu osławionego Jar Jar Binksa. Przypomnijcie sobie Vadera i jak on reagował na niepowodzenia np w Imperium kontratakuje. Znajdował winnego i go zabijał po czym wracał do pracy. W tym filmie jego następca w razie niepowodzeń postanowił zniszczyć własny komputer. Serio, niczym dziecko które ze złości rozwali to co ma pod ręką. Największy zaś grzech tego filmu jest taki, że nie ma w nim Mocy. Nie czułem tu klimatu Star Wars. Obejrzałem głupiutki film przygodowy w kosmosie. Szkoda, wielka szkoda bo to uniwersum zasługuje na więcej.