Wrażenia z filmu Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy oczami Śmiecha

Premiera nowej części „Gwiezdnych Wojen” to niezwykła atrakcja. Po pierwsze filmy z tej serii to kawał historii, do której mam ogromny sentyment (dzięki Tato!). Po wtóre, to gwarancja całkiem niezłego kina akcji, które z jakichś powodów zyskało gigantyczną rzeszę oddanych fanów i zasłużone miejsce w popkulturze. 😉 No i nie można zapominać, że poprzednia premiera miała miejsce 10 lat temu. To wszystko sprawiało, że idąc z ekipą PIFKA do kina miałem wielkie nadzieje, ale i obawy.

Uwaga! Relacja będzie zawierać spoilery! Więc jeśli nie chcesz sobie psuć niespodzianki, to uważaj na drugą połowę relacji!

sw3

W kinie zaskoczenie. Mając w pamięci organizowaną 2 lata temu przez WOGF premierę Star Treka i będąc przyzwyczajonym do wszelkiej maści przebierańców i cosplayerów na konwentach spodziewałem się zobaczyć kilku Jedi i szturmowców imperium. A tu cisza… Na trochę ponad pół godziny przez seansem zaczęli się pojawiać ludzie, ale z wyjątkiem jednego dziecka w hełmie szturmowca, ekipy WOGF w mundurach trekowych i trzech z nas w strojach z Treka i SW nie było nikogo. Owszem, bardzo dużo osób miało koszulki z gwiezdno-wojennymi  nadrukami, ale to nie to samo. Jednocześnie ustalany jeszcze za czasów WOGFu pomysł trollowania w mundurach trekowych nie wypalił, bo na pełną salę rozpoznały nas trzy (!) osoby. Może więcej, ale tylko trzy widziałem, by w jakiś sposób zwróciło na nas uwagę i się zaśmiało… Słabiutko.

I wtedy zaczął się film. (No dobra, po reklamach. Długich. Bardzo. Kilka się powtórzyło.) Mogę powiedzieć jedno: bawiłem się setnie. Film jest wspaniale zrealizowany, historia generalnie trzyma się kupy (uwzględniając pewną uwagę, o której za chwilę), a ciągłe pościgi, akcja i wybuchy nie pozwalają na chwilę odpocząć. Fajnie jest znowu zobaczyć najszybszą kupę złomu w galaktyce, posłuchać wyluzowanego i trochę sarkastycznego Hana Solo, czy też innych bohaterów rzucających celne i kąśliwe uwagi. Dialogi to w ogóle ogromny atut filmu, dla mnie chyba jeden z największych. Drugi to humor i dla mnie osobiście niewymuszone relacje między bohaterami. Chociaż z drugiej strony wszystko będzie lepsze niż historia miłosna Padme i Anakina w drugiej części i „chemia między nimi”. 😉 Nie ma tam żadnych denerwujących postaci w stylu Jar Jar Binksa, a przynajmniej aż tak wkurzających. Daisy Ridley jako Rey daje radę i ewidentnie odnajduje się w roli. Widać dbałość o szczegóły: wnętrza Sokoła to ciągle te same korytarze, tylko przeżarte przez 30-letnią rdzę, a na pustyni leżą ogromne wraki pojazdów zniszczonych w poprzednich częściach. Efekty komputerowe nie rażą sztucznością, jak to miało miejsce w „Nowej Trylogii”, czy też jej kolejnych reedycjach.  Abrams jako reżyser sprawdził się o niebo lepiej, niż Lucas i widać, że w klimatach kosmiczno-wybuchowo-przygodowych dobrze się czuje. „Przebudzenie Mocy” jako samodzielny film byłby wspaniały. No właśnie… Jest kilka „ale” psujących odbiór filmu, z czego jedno przeszkadza najbardziej…

Star-Wars-Force-Awakens-Rey-Finn-BB8-running
Foto: materiały promocyjne Lucasfilms Ltd.

Teraz będą spoilery. O czym opowiada film? Otóż mamy złe Imperium (tfu! Najwyższy Porządek!), którzy chcą zniszczyć Rebelię. Mały, ale sympatyczny droid z tajnymi planami (tfu! mapami), które mogą w znacznym stopniu przyczynić się do zniszczenia „Złych” zostaje sam na pustynnej planecie, goniony przez elitarnych (z celnością Steviego Wondera) szturmowców. Droid przypadkiem wpada na bohaterów, którzy przyjmują na siebie zadanie dostarczenia jego i planów (tfu! map) do tajnej bazy Rebelii. Wszyscy uciekają szczęśliwie Sokołem Milenium z piaszczystej planety, a jednocześnie okazuje się, że Imperium (tfu! Porządek) posiada stację kosmiczną wielkości księżyca (tfu! planetę z ogromnymi instalacjami) mogącą przemieszczać się do woli niczym statek kosmiczny i posiadającą siłę ognia na tyle dużą, by rozwalić dowolny obiekt w kosmosie. Albo kilka na raz. Ku radości bohaterów stacja ma jeden słaby punkt, więc wszystkie siły Rebelii wysłane są do walki. Część ekipy z Hanem Solo na powierzchni planety ma za zadanie wyłączyć osłony, by w tym czasie myśliwce mogły zaatakować ów słaby punkt. Oczywiście im się udaje, myśliwiec strzela do słabego punktu z wszystkiego co ma, to rozpoczyna reakcję łańcuchową i stacja (tfu! planeta) wybucha (tfu! imploduje). Wszyscy są zadowoleni, Ewoki szaleją… A nie, moment… Tu nie ma Ewoków.

forceawakens4-xlarge
Foto: materiały promocyjne Lucasfilms Ltd.

Tak, Kochani… Film jest wtórny jak cholera i to jest według mnie największy zarzut. Owszem, jest tu sporo mrugnięć okiem do fanów, którzy znają poprzednie części na wylot i te mrugnięcia są kapitalne. Mnie na przykład rozbawił dialog odwróconych tyłem do Rey dwóch szturmowców, którzy narzekali na nowy model broni. Przecież to dokładnie to samo, o czym „Nowej Nadziei” mówili Trooperzy odwróceni tyłem do Obi-Wana! 🙂 Czad! Tylko że wszystko jest ok dopóty, dopóki są to drobne scenki i dopóki nie opieramy na tym całego filmu, jak to jest w tym przypadku. Cała historia jest zerżnięta żywcem z czwartej i szóstej części. To powodowało, że pomimo świetnej zabawy, przez cały seans nie mogłem się opędzić od uporczywej myśli, że to już było. Oznacza to też, że film nie kryje żadnych niespodzianek, widz może przewidzieć wszystko, co w najbliższych minutach stanie się na ekranie, a wszelkie zakręty scenariuszowe niczym nie zaskakują.

sw7-troopers
Foto: materiały promocyjne Lucasfilms Ltd.

Oczywiście minusów jest więcej, chociaż już nie tego kalibru. Cała sytuacja polityczna i tło historii wydaje się mocno naciągane w kontekście wydarzeń z „szóstki” i radości galaktyki z obalenia Palpatina. Postać srebrnej Trooperzycy (no bo jak nazwać kobiecą wersję szturmowca w srebrnym pancerzu) jest niewykorzystana i aż żal mi Gwendoline Christie, że tak mało czasu spędziła na ekranie i tak szybko wyrzucono ją do kosza. Dosłownie! 🙂 Ciekaw jestem, czy w ogóle większość widzów zorientowała się, że to znana z Gry o Tron twarz… No i jakoś Adam Driver jako zły Kylo Ren mi nie pasuje. Zamiast jak złowrogi Sith wyglądał na słodkiego cherubinka…

Na minus zaliczam też kolejną zmianę stylistyki w walce na miecze, zupełnie jakby twórcy nie mogli zdecydować się jak się walczy i jak to diabelstwo ma działać. A przecież to jedna z najważniejszych i najbardziej rozpoznawalnych cech uniwersum SW! W starej trylogii walki były oszczędne i stonowane, a nowej z kolei przypominały akrobacje z przerostem widowiskowości, szybkości i piruetów. A tutaj mamy siłową rąbankę ciężkimi maczugami. I nie mówię tu tylko o Rey czy Finnie, którzy miecz trzymali niby pierwszy raz w życiu, ale również o szkolonym wiele lat „Złym”. Również wygląd mieczy (czy też bardziej świecącego ostrza) nie zgadza się z tym, do czego się już przyzwyczaiłem. Dawniej to była gładka i prosta „świetlówka”, tym razem dostaliśmy iskrzący się i falujący w rozgrzanym powietrzu płomień. Niby drobnostka, ale mi przeszkadza.

sw1

Podsumowując: bawiłem się świetnie i wcale nie żałuję nieprzespanej nocy. A do filmu wrócę pewnie, bo pomimo szeregu minusów to na prawdę kawał kapitalnego, widowiskowego kina z jajem.