Wrażenia z filmu Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy oczami Wookiego

Stało się! W końcu doczekaliśmy się kontynuacji najbardziej znanej i uwielbianej kosmicznej sagi w historii kina. Oczywiście internet i inne media dyskutowały miesiącami co to będzie… bo Disney, bo Abrams, bo to bezpośredni ciąg dalszy starej trylogii… i w końcu się doczekaliśmy. Jeszcze w szeregach WOGF zakupiliśmy wspólnie bilety oczywiście na premierę kinową o północy z czwartku na piątek, zatem seans zaczął się dokładnie o 00:01 18 grudnia… to znaczy zaczęły się rzecz jasna reklamy 🙂 Zawiodłem się trochę tym, że w kinie nie zorganizowano żadnego eventu związanego z premierą, coś na kształt tego, który został zorganizowany w Kinepolis w przypadku epizodu III. Oczywiście nie wpływa to w żadnym przypadku na ocenę filmu, jednak szkoda, że było to tylko „późne wyjście do kina”, a nie jakieś większe wydarzenie. Tym bardziej, że mięliśmy w swoich szeregach Mistrza Bartasa oraz kilku oficerów gwiezdnej floty i to były w zasadzie jedyne osoby przebrane w kinie.

Wracając jednak do samych Gwiezdnych Wojen, to zanim jeszcze przejdę do moich wrażeń związanych z Przebudzeniem Mocy, chciałem ostrzec przed spoilerami. Podaruję sobie opis calej fabuły, ale nie da się odnieść jednak do wielu elementów zawartych w filmie. Zatem jeśli nie chcesz sobie popsuć zabawy zakończ czytanie tego wpisu w tym momencie.

Ogólnie w kinie bawiłem się świetnie od pierwszej sekundy filmu. Już pierwsze sceny na Jakku, gdzie stormtroopersi atakują posterunek rebeliantów. Nowy robocik, BB-8, z którego przyznaję bez bicia mocno nabijałem się przed filmem, od razu wzbudził moją sympatię i tonę śmiechu, podobnie jak jego właściciel, czyli dzielny pilot Poe Dameron (Oscar Isaac). W przypadku postaci było już tak do końca. W zasadzie poza kilkoma wyjątkami bohaterowie i relacje między nimi to jeden z dwóch głównych filarów tej produkcji. Rey, Finn, Maz Kanata, Generał Hux, Leya, Han Solo i  Chewbacca dają po prostu radę. Dwóch pierwszych, nowych głównych bohaterów wprowadzono świetnie, grze aktorskiej nie można nic zarzucić i jak najbardziej widz sympatyzuje z tą dwójką. Leya, Han i Chewie oczywiście są dobrze znanymi wszystkim fanom postaciami, które na ekranie robią dokładnie to, czego od nich widz oczekuje. Szczególnie rola Harisona Forda mocno podnosi walory całego widowiska. Mnie osobiście spodobała się jeszcze jedna osoba, mianowicie wspomniana już wcześniej Maz Kanata, która roli w tym filmie pewnego rodzaju mentora Rey w sprawach Mocy i mi przypominała lekko Yodę. Na podkreślenie przeze mnie zasługuje też relacja Han-Rey, gdzie Solo niejako odnalazł bratnią duszę, a nawet godnego dla siebie następcę, natomiast Rey ojca, którego tak bardzo jej przez lata brakowało. No i nie mogę mówiąc o bohaterach, nie wspomnieć o duecie Han Solo – Chewie – w tym przypadku była po prostu miazga 🙂

Drugim filarem, który moim zdaniem dźwiga ten film i sprawia, że to jest naprawdę dobra produkcja mimo swoich sporych mankamentów (o których później) jest humor. Na żadnych innych Gwiezdnych Wojnach nie uśmiałem się tak bardzo jak w przypadku Przebudzenia Mocy. Świetny jest w tych kategoriach Han Solo, rozbraja BB-8 – jego „kciuk do góry” to jest po prostu petarda, są nawet stormtroopersi, którzy też mięli kilka komicznych sytuacji. Jest tego sporo i sprawia, że przynajmniej ja mniej uwagi zwracałem na niedociągnięcia.

Realizacja i efekty specjalne są oczywiście bez zarzutu. Czuć jednak przez cały film rękę Abramsa za kamerą. Te ujęcia, lens-flary, trzęsienie kamerą – to wszystko znaliśmy już z dwóch ostatnich części Star Treka. Na szczęście tym razem, zgodnie z jego obietnicą, ograniczył i osłabił swoje ulubione przebłyski. Byłem pod wielkim wrażeniem nowych niszczycieli, nowych ras i wszelkich scenografii. Bitwy kosmiczne i sceny walk trzymają poziom poprzednich części. Akcji jest dużo,  bardzo dużo nawet jak na Gwiezdne Wojny – znak naszych czasów i mnie to osobiście nie przeszkadzało. Generalnie wszystko to nie psuło odbioru. Jedyny zarzut, który miałbym do realizacji i samego reżysera tudzież scenarzystów to pozbawienie filmu klimatu Gwiezdnych Wojen. Wszystko było poprawne, nawet ładne, ale już nie czuło się tego, że te kolejna część sagi. W zasadzie było wszystko – miecze świetlne, TIE Fightery, Niszczyciele, X-wingi, knajpy a’la Tatooine a nadal tego klimatu nie czułem i w zasadzie nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego. Być może powodem tego był nieco mroczniejszy klimat niż to widzieliśmy we wcześniejszych epizodach. Co ciekawe, akurat ten zabieg bardzo mi się podobał i byłem zdziwiony, że Disney się na to zdecydował. Dlatego w tym przypadku mam bardzo mieszane uczucia: ciężkość i mroczność na plus, brak klimatu na minus i trudno powiedzieć, czy nie jest to czasem ze sobą sprzężone.

Fabularnie również nie wiem co myśleć o tej produkcji. Główny trzon – odnalezienie Luke’a jest ok, nie mam żadnych zastrzeżeń. Pobojowisko po bitwie na Jakku i cała społeczność związana z recyklingiem tych wraków – bardzo fajny, trochę  postaapokaliptyczny motyw. Bardzo mi sę tez podobał wątek Stortrooperów, który został wprowadzony dzięki Finnowi. Po raz pierwszy mamy do czynienia z perspektywą pojedynczego troopera. Twist z pochodzeniem Kylo Rena był również całkiem ciekawy i nawiązuje bezpośrednio do Imperium Kontratakuje, jednak w nieco wyciszony i stonowany sposób. Jednak Gwiazda Śmierci ver. 4465, która mimo tylu lat prób i błędów nadal ma jeden czuły punkt, to jest przesada. Zaraz przed seansem żartobliwie palnąłem do Bartasa: „Pewnie będzie jeszcze większa Gwiazda Smierci 😀 .”, co oczywiście oboje skwitowaliśmy długą salwą śmiechu. Jakże to było niestety prorocze… W zasadzie ten element treści filmu jest najlepszym przykładem co mu fabularnie najbardziej dolega – zdecydowanie za dużo jawnych a wręcz bezczelnych odniesień do poprzednich części. Te same knajpy, ta sama pustynia z tymi samymi urządzeniami (tylko planeta się inaczej nazywa). Gwiazda Śmierci, droid z ważnymi danymi, którego wszyscy szukają, Darth Vaderuś, Pomniejsze Imperium, Imperator-nie-Imperator, niszczenie planet rebeliantów… Jest tego tak dużo, że wszystko staje się wtórne. A wystarczyłoby dodać od czasu do czasu takie cytaty jak fundamentalne: „Mam złe przeczucie”, aby jedynie czerpać z poprzednich części a nie kalkować. Co więcej wycięcie motywu Gwiazdy Śmierci ver. 4465 niczego by nie zabrała filmowi, a wręcz poprawiła by odbiór, bo nie dość że sama broń jest już dosyć żałosna, to flota rebelii składająca się z kilkunastu X-wingów to już jest żenada, a równie dobrze mógłby się toczyć główny wątek bez całego tego zamieszania.

Niestety nad wątkami pobocznymi mógłbym się jeszcze znęcać długo – Rebelia, która jest czymś innnym i nietożsamym z Republiką,Impera… ehkem to znaczy Władca a’la Gollum (nota bene grana również przez Serkisa :P), niezrównoważony psychicznie Kylo Ren o twarzy grzeczniutkiego nastolatka, niewykorzystana kompletnie postać pani Kapitan Phasma i tak dalej. Ale jednej łyżki dziegciu nie podaruję, czyli walki mieczami świetlnymi i ogólnie Jedi. Darth Verderuś, który uczył się pod okiem samego Luke’a nie potrafił sobie poradzić z dezerterem z armii imper.. ekhem Pierwszego Porządku, który pierwszy raz trzymał miecz w rękach? Przecież taka walka trwała by niecałe 5 sekund i wynik mógłby być tylko jeden. Do tego samoistne szkolenie Rey – w przeciągu kilku dni (a może nawet godzin), bez żadnego mentorskiego wsparcia nauczyła się posługiwać mocą. W prawdzie Maz Kanata trochę ją wprowadziła w temat, ale ciężko 3 zdania o Mocy nazwać szkoleniem. Być może kolejne części wyjaśnią to w jakiś sposób, ale na chwilę obecną wydaje mi się to mało przekonujące.

Podsumowując Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy jest dobrym filmem zrobionym w nowoczesny sposób. Wielu osobom pewnie się bardzo spodoba aż tyle nawiązań do starej sagi, które dla mnie były jednak zbyt nachalne i prostolinijne. Jest to bardzo dobre wyjście na nową trylogię, co więcej ostatnia scena powoduje, ze od razu chcę się zobaczyć epizod VIII. Postacie i humor naprawdę widnuja bardzo mocno tę produkcję i są niejako zasłoną dymną dla tego, co niedobrego twórcy nawyrabiali w fabule. Z jednej strony każdy fan dostał to na co prawdopodobnie czekał od zakończenia starej sagi i mógł się bardzo dobrze bawić i czuć usatysfakcjonowany. Z drugiej strony,  gdy zaczniemy się zagłębiać w treść filmu zaczniemy dostrzegać spore rysy a wręcz wyrwy. Ja sam wyszedłem z kina bardzo zadowolony i film ogólnie mi się podobał. Nie jest to jednak taki zachwyt, jaki mam do starej sagi. Co więcej, zaraz po seansie zaczęły docierać wszelkie słabostki, które wpłynęły na mój obecny stan zmieszania. W każdym razie film jest warty zobaczenia i na pewno będę w kinie na premierze epizodu VIII jak i pierwszej części Antologii już za rok 🙂